Wielokrotnie pisałem tu, wspominkowo i reportażowo, o pożwirowym wyrobisku w Gnojnie. To spory kawał bardzo ciekawej i jeszcze rybnej wody, gdzie przez cały rok warto się wybrać z wędkami. Nawet jeśli na lód nie da się wejść, to wystarczy podjechać kilkaset metrów dalej i odwiedzić pobliską Narew. Późną jesienią jest szansa na szczupaka, sandacza i okonia. Wiosną zaś, jeśli woda nie przeleje się przez burty, w przybrzeżnej rynnie, także w licznych mini zastoiskach, pojawia się gruba, gruntowa płoć, także leszcz, gruby krąp, jaź i kleń.

Kliknij aby powiększyć

DOJAZD
Z centrum Warszawy to ok. 75 km. Trasa do Ostrołęki, 12 km za Pułtuskiem. Po minięciu wsi Chmielewo znajdujemy drogowskaz w prawo: GNOJNO 2.

Od razu uwaga: drogowskaz, nieco schowany za wiatą przystanku PKS i – wcześniej - znakiem UWAGA DZIECI, łatwo przegapić. Samo skrzyżowanie także, bo odchodzącą w prawo drogę widać dosłownie w ostatniej chwili. Po skręcie, tuż za szkołą, jest motel i restauracja "Wiatrak". Po zjechaniu z góry o dość stromym spadku, pół kilometra dalej, jest mały, niepozorny kościółek. Skręcamy tuż za nim, w drogę gruntową. I już stąd rozpościera się widok na większą część zbiornika.

MIEJSCA
Na prezentowanym planie zaznaczyłem wiodące wokół zbiornika dróżki. Brązowe – są dostępne nawet i dla nisko zawieszonych aut. Żółte – to kopny piach, gdzie lepiej nie wjeżdżać. Zresztą nie ma po co wjeżdżać, jako że są inne, lepsze możliwości dotarcia na upatrzone miejsca. Więc potraktujcie to, proszę, wyłącznie jako informację i ostrzeżenie.

Pierwsza w lewo, odchodząca tuż za płotem narożnego gospodarstwa, prowadzi do zatoczki na płn. skraj zbiornika i – dalej – aż do wału oddzielającego zbiornik od Narwi. Zatoczka jest miejscem niemal stale okupowanym. Decyduje chyba bliskość dojazdu, bo na ryby zdecydowanie lepiej będzie pojechać dalej. Jednakże zimą, gdy dróżki zasypane śniegiem, jest to najwygodniejsze miejsce do zostawienia samochodu. Zresztą w zasięgu kilkuminutowego spaceru po lodzie jest sporo miejsc, gdzie warto zapuścić blaszkę czy mormyszkę.

Wróćmy do głównej dróżki. Kilkadziesiąt metrów dalej rozchodzi się ona w trzech kierunkach:

Pierwsza z lewej prowadzi nad samym brzegiem, aż do widocznego z daleka, wysokiego cypla, dzielącego zbiornik prawie na pół. Dróżka jest w miarę twarda i równa, całkowicie bezpieczna dla samochodowych podwozi. Jedynym możliwym utrudnieniem mogą okazać się samochody, parkowane przez buractwo wprost na dróżce, a nie obok niej. Jeśli jednak woda podniesie się o pół metra ponad średni poziom – po dwustu metrach dróżka znika pod powierzchnią.

Na niemal całej długości brzegu jest podobnie: dość łagodny spadek piaszczystego i/lub żwirowego dna aż do 4 metrów. Na dostępnym dla spinningu i metod gruntowych dystansie 50 – 60 metrów, da się znaleźć sześciometrowe dołki.

Niezbyt warta uwagi jest zatoka podchodząca aż do dróżki. Głębokość, przy średnim stanie wody, nie przekracza półtora metra, a na dnie zalega muł. Latem to królestwo grążeli, wywłócznika, rdestnistnicy i licho wie, jakiego jeszcze zielska. Dalej, za zatoką, kolejne dwieście metrów brzegu dostępne jest tylko dla brodzących.

Brzeg bowiem podmokły i silnie zarośnięty, więc nie ma jak rozłożyć spławikowego czy gruntowego majdanu. Lecz warto się przejść ze spinningiem. Jest płytko, a dno – poza nielicznymi „miskami” z mułem - piaszczyste bądź piaszczysto – żwirowe. I porośnięte grążelami. Kręci się mnóstwo drobnicy, za którą podąża sporo okonia i niewielkich szczupaków. Od maja do września buszuje tu pokaźna liczba boleni. Zwykle mają niewiele ponad wymiar, ale kilka razy ochlapany zostałem przez kabany po 70 – 80 cm. Niestety, większe ryby są prawie nie do wyjęcia. Nawet dwudziestocentymetrowy okoń, jeśli wędkarz zagapi się na ułamek sekundy, jest w stanie zaplątać się między łodygami. Tak więc tych miejsc nie polecam mało doświadczonym wędkarzom. Tylko ryb nakaleczą, przynęt natracą i na wiele godzin wypłoszą stamtąd wszystkie godne uwagi ryby.

Dopiero tuż przed początkiem zatoki położonej u podnóża wrzynającego się w zbiornik, wysokiego cypla, zaczyna się odcinek wygodnego brzegu ze sporą ilością stanowisk. Tu spadek dna jest bardziej wyraźny.

W odległości 12-15 metrów jest ok. 3-4 metrów wody. Dalej, w zasięgu DS., można znaleźć nawet 5-6 metrów. Dno twarde, piaszczyste, roślinność zanurzona tylko w pobliżu brzegu.

Sama zatoka jest zamulona i płytka. To letnie królestwo lina i karasia, trafia się niekiedy karp. Oczywiście także płoć, wzdręga, leszcz i krąp.

O dziwo – niewiele się tu kręci drapieżników. Głównie drobny okoń i nieco szczupaka. I oczywiście bolenie. Lecz tych ostatnich, wskutek zarybień, na całym zbiorniku jest mnóstwo.

Dróżka na wprost biegnie po piaszczystym garbie aż do cypla i – dalej – wyprowadza do dróżki okalającej zbiornik od zachodu. Odradzam korzystanie z niej dlatego, że to kopny piach, porżnięty głębokimi koleinami. Jeśli piach będzie przymarznięty, więc twardy, bardzo łatwo zostawić tam miskę olejową, spojler czy tłumik. Koleiny na dróżce są miejscami bardzo głębokie. To stąd, że latem zakopuje się tam mnóstwo tych, którzy mają nadzieję, że jednak przejadą:). Na czym korzystają miejscowi gospodarze, posiadający ciągniki. Zaś później – warsztaty samochodowe.

Dróżka trzecia, odchodząca z rozwidlenia w prawo w skos, prowadzi aż na koniec zbiornika. Lub – na kolejnym rozwidleniu – na szczyt cypla. Zimą nie ma sensu jechać w lewo. Podjazdy pod pagór są dość strome, a jeśli nasypie choć z piętnaście centymetrów śniegu – staną się niedostępne. I niebezpieczne, bo miejscami koleiny są głębsze, więc łatwo uszkodzić samochód.

Dodać warto, że większości tych dróżek nie było jeszcze kilka lat temu. Jednakże teren "odkryli" na własny użytek posiadacze aut 4x4. Od tego czasu z lubością i przez nikogo niepowstrzymywani rozorują stoki pagórka. To właśnie oni wytyczyli sporo nowych, piaszczystych podjazdów, z których niekiedy próbują skorzystać niedoświadczeni a naiwni kierowcy zwykłych aut osobowych. Nie umiejąc przewidzieć, że nawet na zblokowanych hamulcami kołach samochód może się zsunąć po sypkim piachu.

Rozciągająca się za cyplem zatoka jest najbardziej oblegana. Już od szczytu cypla, pominąwszy krótkie odcinki wyraźnych wypłyceń, dno opada dość stromo aż do ok. 4 metrów. Dość zwodniczy jest przybrzeżny, wąski, łagodny blacik z niewielkim spadkiem. Sięga on nie dalej niż do piątego metra, by zaraz raptownie zanurkować. Jeśli ktoś brodzi nie patrząc pod nogi – kąpiel ma niemal gwarantowaną.

Moim zdaniem ta zatoka jest najciekawsza dla łowców białorybu, także dla zwolenników moczenia żywca. I nie tylko moim, jako że w pełni sezonu, w weekend, trudno znaleźć miejsce. Najczęstszą zdobyczą są leszcze, trafia się lin,

płoć, krąp, rzadziej karaś, niekiedy karp i oczywiście mnóstwo drobnicy. Na żywca łowi się sporo szczupaków, niekiedy podejdzie sandacz. Nocą jest szansa na coraz rzadszego węgorza.

Na "gęstość zaludnienia" wpływa także wygoda. Brzeg jest suchy i twardy, porośnięty krótką trawką i rzadkimi krzakami wikliny. Co piętnaście – dwadzieścia metrów są wygodne stanowiska, auto stoi tuż za plecami, a i z rozstawieniem namiotu nie ma problemu.

NIESPODZIANKI
Jest ich ogromna ilość. To charakterystyczne dla chyba większości wyrobisk po piasku, żwirze czy glinie. Wzięły się stąd, że czerpaki koparki drążyły nierównomiernie, zostawiając liczne uskoki, kanty, przegłębienia, grzbieciki itp. Dość często natrafiano podczas eksploatacji czy to na głaz, czy na pokład nie nadający się do wydobycia (np. glina w żwirowni). Więc omijano to miejsce, zostawiając górkę. Lub w drugą stronę: w luce między pokładami gliny bądź kamieni natrafiano na pionowo ułożony klin piasku o pożądanej grubości ziaren (np. niewielu jest dostawców piasku do piaskarek odrdzewiających), więc kopano wąską rynnę w dół, póki pokład się nie skończył.

Właśnie takie jest dno zbiornika. Z tym tylko, że przez kilkanaście lat eksploatacji zbiornik był przepływowy, mając z Narwią połączenie z dwóch stron. Widoczny na planie, ostry cypel oddzielający zbiornik od rzeki, był wyspą. Dopiero na początku lat osiemdziesiątych zasypano północny przesmyk, zostawiając wąski kanał na południowym krańcu.

Spowolniony, lecz jednak przepływ, zdążył wówczas „wygładzić” większość drobnych nierówności zostawionych przez koparki. Niemniej sporo półek, uskoków, górek i garbów pozostało. Dlatego nie zdziwmy się, pływając z echosondą, gdy dno znajdujące się zwykle o 3 – 4 metry pod kilem, nagle spada do sześciu i więcej metrów. W jednym miejscu, w pobliżu wyspy w zatoce, trafiliśmy kiedyś na 12 metrów! Być może błędny to był odczyt, bo płynęliśmy wówczas na pontonie, zaś przetwornik sondy niekoniecznie był ustawiony idealnie pionowo. Ale co żeśmy tam zobaczyli, to głowa mała! Na niemal pionowych stokach rowu o szerokości mniejszej niż dziesięć metrów wyświetlacz zasygnalizował po prostu chmarę ryb średnich i dużych. Prawdopodobnie leszczy, bo na spinning, przez pół godziny, nie było nawet jednego pobicia.

Lub wierzchołek cypla, wrzynającego się w wodę prawie na środku zachodniego brzegu: gdy obrzucamy go wachlarzem, znajdziemy łagodny spadek do ok. 3 metrów. Przemieszczając się w lewo (na płn.), znajdziemy łagodnie wypłycający się, porośnięty moczarką i wywłócznikiem, piaszczysty jęzor. Rzucając w kierunku płn.-wsch. nawet na czterdziestym metrze trafimy na najwyżej trzy metry wody. Lecz przeniesienie się nieco w lewo i rzuty na północ, pozwolą nam odnaleźć dość stromy stok tego jęzora, opadający do około sześciu metrów.

Nie opiszę szczegółów, bo powstać by musiała książeczka. A i tak byłoby to, mimo najszczerszych chęci, niezbyt dokładne. Wędkuję tam od niepamiętnych lat, lecz z każdym rokiem przekonuję się, jak mało wiem. Więc co roku odnajduję kolejne niespodzianki, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Czasem są to przybrzeżne garbki o długości najwyżej dziesięciu metrów, szerokości trzech i wysokości mniejszej niż metr. I okazuje się, po obłowieniu kilkuset metrów brzegu, że właśnie tam wreszcie się trafia na spore stado aktywnie żerujących okoni czy – rzadziej – szczupaka.

W kilku miejscach, głównie w południowej zatoce, w zasięgu rzutu trzygramowym jigiem znajdziemy kilka równoległych do brzegu garbów, kryjących szczyt o metr – dwa pod powierzchnią. Podczas ściągania wabika okazuje się, że w którymś momencie traci on kontakt z dnem i długo, długo opada. Bo stok niemal pionowy. W takich miejscach dobrze jest, choć nie zawsze, przywiązać znacznie cięższą główkę i ściągać bardzo powoli. Starając się tak poprowadzić, by gumka dosłownie sturlała się po stoku. Tylko to zapewnić może brania przyklejonych do niego garbusów. Lecz jeśli gumka przeleci lobem o pół metra od stoku czy dalej – nie zarejestrujemy nawet jednego skubnięcia.

W innych miejscach, choć rzadziej, znaleźć można wąskie, piaszczyste jęzory, klinowato odchodzące ku środkowi. O tyle trudna to sztuka, że najwyższy punkt fałdy wystaje nie więcej jak pół metra nad równe w pobliżu dno. Jeśli się trafi tak, by przynętę prowadzić wzdłuż spadku – brania będą bardzo liczne. Ale już kilkustopniowa niedokładność sprawi, że można się namachać aż do bólu ręki, łowiąc zaledwie kilka malców.

Na planie nie umieszczam też głębokości. Częściowo, dość ogólnie, już o nich wspominałem wcześniej. W szczegóły nie wdaję się dlatego, że przy tak ogromnej mnogości drobnych uskoków, garbków i innych niespodzianek, by cyferki się na siebie nie nakładały, mapka musiałaby mieć skalę 1:2000. Czyli… mierzyć sobie nieco ponad pół metra długości. Dochodzi jeszcze fakt, że zbiornik połączony jest z Narwią, więc wahania poziomu lustra wody, np. podczas wiosennych przyborów, sięgać mogą nawet trzech - czterech metrów. Podczas tzw. świętojanki (koniec czerwca), poziom podnosi się o metr – półtora. Podczas suszy, jak w ostatnie lato, spada o ponad metr poniżej normy. Tak więc precyzyjne wskazanie głębokości z jednego dnia już nazajutrz może się okazać obarczone metrowym błędem.

WSCHODNI BRZEG
Na żółto zaznaczyłem dróżkę biegnącą po koronie wału. Jeździć tam nie wolno, a chodzić niełatwo. Na całej długości wału zalega bowiem sypki, kopny piach. Zdecydowanie i z czystym sumieniem odradzam próby włażenia tam każdemu, kto nie ma survivalowego doświadczenia i takowej smykałki. Zdecydowanie większa część brzegu zbiornika oddzielona jest od wału mokradłem. Miejscami nawet widać typowo bagienne oczka wodne. A jeśli woda w zbiorniku podniesie się o półtora metra, brzeg staje się zupełnie niedostępny. I takim pozostaje, dopóki mokradło nie obeschnie po kolejnym spadku poziomu.

Owszem, są trzy ścieżki, którymi można się przedrzeć w woderach. A jeśli lato suche, jak ostatnio, to nawet i suchą stopą. Wszystkie przejścia są głęboko zakonspirowane, więc trzeba mieć sporo szczęścia lub znakomity (i doświadczony) wzrok, by je odnaleźć. Lecz to jeszcze pryszcz w porównaniu z odnajdywaniem drogi powrotnej. Sam już dwukrotnie ze dwie godziny błąkałem się w poszukiwaniu wyjścia. Znalazłem, ale co się nałaziłem i w krzakach odrapałem, to moje.

Kolejny powód, równie ważny: to królestwo bobrów. Rozpanoszyły się ostatnio w sposób wręcz zdumiewający.

Tną mnóstwo drzew i krzaków, lecz gorsze, bo bardziej niebezpieczne, są setki ukrytych w trawie dziur i jam. Równie niebezpieczne jest brodzenie przy brzegu, ponieważ co kilkadziesiąt, a niekiedy co kilka metrów natrafić można, w zalanych trawach i wśród moczących się w wodzie gałęzi, na o pół metra głębsze kanałki.

To trasy bobrowych wędrówek. Nie mam pojęcia, czy futrzaki celowo pogłębiały, czy to tylko efekt częstych podróży bardzo licznych rodzin do wody i z powrotem.

Nawet przy słonecznym dniu, gdy czysta woda jest naprawdę przejrzysta, nawet i w polaroidach, trudno dostrzec te kanałki. Powódź w woderach prawie murowana. A bywa, że człek traci równowagę i kąpie się razem z czapką. Znam takie przypadki, widziałem. Na nieostrożnie stawiane nogi czyha też mnóstwo zalegających dno, naciętych przez bobry gałęzi. Co tym bardziej grozi wywinięciem widowiskowego orła.

Proszę zwrócić uwagę na kolejną fotografię. Tuż przy brzegu moczą się w wodzie trzy okorowane kawałki wierzbowych konarów. O ile na granicy zielska jest ok. 30 cm, to pod skrajnym konarem już prawie metr. W woderach nie da się przejść, trzeba ominąć brzegiem.

Kąpiel to pół biedy. Gorzej, noga wpadnie do jednej z zamaskowanych dziur na suchym lądzie. Nawet ze zwykłym skręceniem trudno jest przeprawić się z powrotem, a cóż dopiero po złamaniu? Samodzielne wyczołganie się stamtąd, po zabagnionej ścieżynce między krzakami (jeśli uda się ją odnaleźć), staje się piekielnie trudnym zadaniem. Nawet partner będzie miał ogromne trudności z wyniesieniem delikwenta na wał.

Karetka pogotowia za chińskiego boga tam nie dojedzie. Lekarz i sanitariusz będą musieli od nasady wału dyrdać na piechotę. Jeśli terenu nie znają (a wątpliwe, żeby znali), to i dwie godziny mogą szukać wejścia. Szczególnie, jeśli delikwent nie będzie umiał podać precyzyjnych namiarów na siebie. A raczej nie będzie umiał, bo wszystkie krzaczory, drzewa i mokradła wyglądają niemal tak samo. Cóż np. z informacji, że ścieżka wiedzie obok uschniętej olchy ze złamaną gałęzią? Takich olch, wzdłuż wału, znajdzie się kilkadziesiąt. Kiedy nieszczęśnik zostanie już znaleziony, to trzeba będzie ze czterech chłopa, by przez mokradło i gęstwinę krzaków przetaszczyć go na noszach. A pamiętać też trzeba, że załoga karetki na pewno nie dysponuje woderami, nawet zwykłymi kaloszami.

I dalej: dno, oprócz licznych bobrowych kanałków, miejscami jest grząskie, typowo bagienne. Jeśli ktoś waży ok. 70 kg, to jeszcze ma szansę się wycofać, zanim zostanie zassany. Co często skutkuje wodą w woderach. Natomiast ci solidniej zbudowani, choć raczej też wyjdą, to – być może – dopiero po wyciągnięciu nóg z zassanych przez grzęzawisko woderów. A zapewniam, że strasznie głupio się chodzi na bosaka wśród plątaniny jeżyn, pokrzyw, gałęzi itp. Kiedyś sprawdziłem, więc wiem.

Wystarczy? Nie? No to jeszcze o zwierzętach. Najpierw o łosiach, które są tam częstymi gośćmi. Owszem, to bardzo łagodne, bardzo spokojne i niestrachliwe zwierzę. Lecz jeśli wpadnie w panikę i pójdzie cwałem po linii najmniejszego oporu (czyli tą samą luką między krzakami, którędy lezie wędkarz), to lepiej nie być w skórze dwunożnego nieszczęśnika. Lepiej w ogóle tam nie być. Rozpędzone, czasem uzbrojone w potężne łopaty, półtonowe cielsko, jest w stanie sponiewierać nawet i samochód, a cóż dopiero człowieka.

Niewiele ich, lecz jednak są żmije. A surowica dostępna dopiero w Pułtusku. Tylko najpierw trzeba dojść do samochodu. Z przyjazdem karetki – jak wyżej. Są też lisy. Co widać po licznych norach. Jeśli zdrowe, to na pewno nie dadzą się dostrzec. Lecz mogą być i wściekłe. Przed kilkoma laty spotkaliśmy takiego: przedefilował po lodzie, między licznymi wędkarzami. O skutkach kontaktu z chorym zwierzakiem nikogo pouczać chyba nie trzeba. O ewentualnej pomocy medycznej już wspomniałem.

W miarę wygodnie można dojść do wody i połowić dopiero na końcu wału. Dotrzeć tam da się z dwóch stron: albo po przebrnięciu ok. ośmiuset metrów przez kopny piach na koronie wału, albo… przeprawiając się, z zachodniego brzegu, przez przesmyk łączący zbiornik z Narwią. Przy niskim stanie wody – można przejść w woderach. Przy średnim konieczne spodniobuty. Oczywiście jeszcze trzeba wiedzieć, którędy się przeprawiać. Bród ma miejscami dwa metry szerokości i trochę kręci. Lecz czy warto kombinować, skoro ryb tyle samo i takich samych, jak na zachodnim brzegu, a warunki terenowe tylko trochę lepsze od tych, które odrobinę wcześniej przedstawiłem? Szkoda drogi. Jeśli ryby jeść nie chcą, to na całym zbiorniku. Tylko człek kilometrów nabije i przeprawianiem przez zupełną dzicz namęczy, zdrowiem ryzykując. A efektów żadnych.

Byli tam ze mną niektórzy z „wucewujaków”. A i to tylko w południowej, stosunkowo najwygodniejszej części wschodniego brzegu. W dodatku przy niskim stanie wody, kiedy pomniejsze mokradełka były wyschnięte.

Nie pamiętam, który z nich wyraził opinię: "O ja pierdziu, ale sajgon!" He he, a przecież to zaledwie mała cząstka tego, co na wędkarza czeka po przeprawieniu się przez mokradło, na zupełnie dzikim odcinku brzegu.

LOGISTYKA
Pospać i pojeść można w motelu. Sklep spożywczy znajduje się w głębi wioski, ok. 700 metrów od wjazdu nad wodę. Czynny także w dni wolne od pracy. Zaopatrzenie przyzwoite, choć nie zawsze wystarczy pieczywa.

Bez problemu da się zaciągnąć i wygodnie ustawić nad wodą przyczepkę kempingową. Ale czy z nią, czy tylko z namiotem, w pełni sezonu, na weekend, trzeba się zameldować w piątek przed obiadem. Inaczej można się zdziwić. Po prostu tłok nad wodą bywa niemiłosierny. W dodatku często zagląda tam spuszczona z rodzicielskiej smyczy młodzież i ekipy pseudowędkarzy. Nad wodę przyjeżdżających chyba głównie po to, by się doprowadzić do stanu worka po kartoflach. Więc czasem trzeba mieć anielską cierpliwość, by znieść pijackie wrzaski i bełkoty, wędrujące po okolicy dopóty, dopóki towarzystwo nie skuje się na amen i nie padnie.

Łowisko podlega Mazowieckiemu Okręgowi PZW. Jest dostępne na ogólnych zasadach. Pływadło trzeba mieć własne, brak możliwości wypożyczenia. Do spinningowania nieodzowne są wodery. Znacznie lepsze będą spodniobuty, szczególnie przy podniesionej wodzie.

Na spektakularne sukcesy w łowieniu z lodu nie liczcie. Choć ryb jeszcze sporo, to jednak trzeba mieć szczęście, by trafić we właściwy dzień i dobre miejsce. Co jednak jest coraz rzadsze. Przyda się mieć ze sobą, na lód się wyprawiając, kalosze. Poziom wody często się waha (połączenie z Narwią), więc przy brzegu tafla bywa spękana, zaś na powierzchni tworzą się, wzdłuż całego brzegu, bajora głębokie nawet na 30 cm.

Jeszcze ostrzeżenie: nawet jeśli lód będzie miał ponad 20 cm grubości, to nie radzę wchodzić między wystające nad powierzchnię, uschnięte badyle przy brzegu. Zwykle rosną w miejscach zamulonych, nieco cieplejszych od reszty dna. Zdarzają się typowe oparzeliska, jest też kilka podwodnych źródełek. Co prawda jest tam płytko, więc utopienie się nikomu nie grozi, ale klejnoty można wymoczyć. Może się też zdarzyć, że przed zamarznięciem przyjdzie wysoka woda, zalewając krzaki na wschodnim brzegu. Ależ piękne bazie bywają tam w zasięgu ręki! Ale… jak ktoś chce, to niech włazi. Ja więcej tam nie wejdę. Raz byłem. Do końca dni moich będę się nosił z podziwem dla samego siebie, że na lód wyskoczyłem szybciej niż pod niego wpadałem :)

Andrzej Bombola *Bombel*

PS. Wykorzystałem fotografie pstrykane przez Małgosię "margot", Lecha "lecholę" oraz własne.

PS2. Andrzej pisał o Gnojnie również w artykułach: "Gnojno - garść przydatnych informacji", "Gnojno - prawie bezrybnie", "Deszczowy biwak", "Słabizna z akcentem na koniec" oraz ostatnio "Na połowie hektara".

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Duża presja, trudny dojazd, piaszczyste drogi, grząski teren, bagna, chaszcze, dołki, bobry, wściekłe lisy, łosie, itd, itd :roll Zachęcasz czy straszysz :?
Bo już z tego nic nie wiem :sigh
Tylko informuję, lojalnie uprzedzając :grin
No cóż, dla mnie jest to jeszcze jedno łowisko typu EldoBurdelado, gdzie wędkarzy więcej niz ryb.....byłem kilka razy.....więcej nie pojadę.
Fajnym dokładny i realistyczny opis. Już od dawna chciałem tam połowić. Kiedyś naprawdę wiele dobrego słyszałem o Narwii w okolicy Gnojna, ale też jakoś tam nie dojechałem.
Pozdrawiam!
Opis bardzo wnikliwy i niewatpliwie pomocny, bo lowisko z ogromna presja, ale które lowisko jest puste? :cry
słyszałem ze teraz jest okres na wiosnę w którym nie wolno na Gnojnie łowić . jak to będzie w przyszłym roku? Jak w tym roku było na Gnojnie z rybami? można liczyć na ładne okonie?