Holenderscy specjaliści tłumaczyli w najdrobniejszych szczegółach, jak i gdzie rybę te można złowić, jaki sprzęt jest potrzebny oraz że najlepsza przynętą na suma jest nie za duży karp. Następnie pokazali Rzekę Ebro, połów karpi, no i naturalnie niesamowite hole sumów.

Mnie jednak zafascynowały nie sumy, lecz ilość dzikich karpi (sazanów) żyjących w Ebro, to wręcz niewiarygodne, żeby ryba moich marzeń czyli wtedy jeszcze karp, występowała w tej Rzece w takich ilościach. Jakoś nie mogłem uwierzyć w to, co ci Holendrzy opowiadają. Jako ze na urlop wybieraliśmy się naszym autocampingiem do Portugalii, postanowiłem trasę tak nagiąć, żeby w drodze powrotnej, chociażby na parę godzin, móc się zatrzymać na terenach, które pokazywali Holendrzy.

Nie była to prosta sprawa, bo czas nas gonił, a i do Maroka chcieliśmy wstąpić, Gibraltaru nie chcieliśmy ominąć, no i oczywiście chcieliśmy tez koniecznie przez Andorrę wracać, bo tam przecież papierochy, wódka i paliwo grosze kosztują.

Do Mequinenzy dojechaliśmy w ulewnym deszczu, wieczorem, postanowiliśmy przenocować i zostać jeszcze jedną dobę. To, co już owego wieczoru zobaczyłem, wystarczyło mi, by zrozumieć, że któregoś dnia muszę przyjechać tu na urlop, właśnie tu. Następnego dnia rano zobaczyłem potężne sumy, które ważono, mierzono i wypuszczano do wody. Był tez Francuz, który na moich oczach wyciągnął dwa przepiękne sazany...

Minęły dwa lata... Było wczesne popołudnie, kiedy docieramy do małego miasteczka hiszpańskiego - Mequinenza. Szybko znajdujemy campingi. Po zameldowaniu się i odebraniu licencji wędkarskich przydzielono nam, a raczej mogłem sobie wybrać sam, miejsce do ustawienia naszego autocampingu. Wybrane przez nas miejsce nieco szokuje właściciela, bo samochód ustawiam poza ogrodzeniem, żeby być jak najbliżej wody. Rozbijamy się praktycznie pomiędzy łodziami do wynajęcia.

Następnym zaskoczeniem dla właścicieli jest fakt, że my nie potrzebujemy i nie zarezerwowaliśmy łodzi. Facet nie rozumie też, że ktoś może aż z tak daleka przyjechać tylko dlatego, by zapolowac na karpia. W tym momencie muszę dodać, iż na campingu tym przebywali wyłącznie wędkarze specjalizujący się w połowie suma. Wiedziałem o tym, bo to przecież camping prowadzony jest przez pracowników "Blinkera", a poza tym byłem tu już przed dwoma laty.

Po zagospodarowaniu się na campingu przychodzi nareszcie kolej na ryby. Do szybkowaru wędruje kukurydza, następnie pompuję ponton i montuję prowizoryczna boję znaczącą region nęcenia. Boję wyposażam też w uchwyt do mocowania chemicznego świetlika. Następnie w regionie tym lądują pierwsze kulki proteinowe, a także dopiero co ugotowana kukurydza, jeszcze całkiem gorąca. Dzisiaj nie ma sensu jeszcze nastawiać się na karpia, dlatego też starym teleskopem i madami podarowanymi przez właściciela campingu, łowię pierwsze rybki i nastawiam się na sandacza. W oszałamiającym tempie mam pełne wiadro żywczyków.

Montuję dwa zestawy na sandacza i kładę je na gruncie. Część rybek przenoszę do plastykowej beczki, w której zamontowałem już pompę do wzbogacania wody w tlen, Reszta trafia na patelnię.

W trakcie jedzenia kolacji żona mówi: "przed chwila spadła wędka ze stojaka" - coooooooooo!!! Startuję natychmiast w kierunku wędki - za późno - wszystko urwane. Odkładam wędkę na bok i idę dalej jeść, jestem wściekły na żonę - dlaczego do cholery nie powiedziałaś od razu, że coś się tam dzieje? "Z pełną buzią się nie mówi", żona dostaje całusa i zabieramy się do sprzątania i zmywania garnków.

Następnego dnia rano żona idzie na zakupy, ja natomiast uzupełniam powietrze w pontonie i ruszam pod moją boję, nęcę kukurydza i kulkami. Po powrocie do brzegu, montuję dwa zestawy karpiowe i rzucam pod boje. Ciągle nie rozumiem, co stało się wczoraj w nocy z tą wędką, dlaczego spadla ze stojaka? Przygotowuję komponenty do produkcji kulek proteinowych, jak chce się odnosić sukcesy, to trzeba obficie zanęcić. Po wbiciu ostatniego jaja i zanurzeniu rąk w cieście, odzywa się lewa wędka, najpierw niemrawy pisk sygnalizatora, a potem przeraźliwy jazgot i odjazd.

Jednym tchem dopadam wędki, łapię ja oburącz lepkimi łapami i zacinam z czuciem, czuję natychmiast duży opór, jednak hamulec nie puszcza ani centymetra, wędka wygina się w pałąk, nie jestem w stanie lepkimi rękami popuścić hamulca i żyłka pęka z sykiem.

Do ciężkiej cholery, znowu ten przeklęty kołowrotek manewrów dostaje, hamulec ustawiłem przecież. Montuję następny zestaw, nagle alarm na prawej wędce! Jak w amoku rzucam się i zacinam, lewa wędka ląduje niekontrolowanie na środku drogi. Duży opór, dzięki bogu, siedzi! Po kilkudziesięciu sekundach piękny sazan ląduje w podbieraku, super, cieszę się bardzo. To bardzo ważne dla mnie, że na nowym łowisku wszystko przebiega prawidłowo i zgodnie z planem.

Słońce grzeje niemiłosiernie - przypomnijmy, mamy październik, dopompowywuje ten przeklęty ponton i płynę pod boje, następne 2kg kukurydzy ląduje w wodzie, następne kulki strzelam już z brzegu.

Znowu branie na lewej wędce - zacięcie - jest! - walka z rybą, ładny hol, sazan nie daje za wygraną, walczy z uporem, stawia duży opór. Kołowrotek nie pracuje prawidłowo, jestem nim rozczarowany, po chwili jednak udaje mi się ładnego sazana doholować do podbieraka. Mierzę go ważę, robię kolejne zdjęcia i do wody - sytuacja powtarza się wiele razy w ciągu kolejnych dni. Jest naprawdę wspaniale, wędkarski raj na ziemi.

- Lepszego łowiska nie jestem w stanie sobie wyobrazić powiedziałem do przechodzącego kolegi po kiju. Facet zatrzymał się i mówi: "ile łowisz na dzień?". "7 - 10 sztuk", odpowiadam szybko, "raz nawet 12". "Hmm, to nieźle, a jakie duże i ciężkie?" "Karpie mają między 70 - 85 cm, a ważą 8 - 12 kg", odpowiadam.
"Hmm, myślę, że w Ebro miałbyś szanse jeszcze trochę większe złapać". "W Ebro? A co to za woda, w której teraz łowię?" "To Rzeka Rio Segre, ona tam trochę dalej kończy swój leniwy bieg właśnie w Rio Ebro." "Dzięki" - facet widzi, że jestem zmieszany i odchodzi.
Uzbrajam lewą wędkę w nowa kulkę i zarzucam - TRZAAAASK - wędzisko pęka z hukiem, przedostatni segment nie wytrzymał, szkoda. Wyjmuje zapasowy stary teleskop gruntowy 3 metry - 80g, i przezbrajam. Po chwili nowy zestaw ląduje pod boją, bardzo lubię to wędzisko, można nim bardzo celnie rzucać i nieźle nim już nałapałem.

Następne branie i już rezerwowy teleskop jest w akcji, bez problemu zacinam i holuję następnego sazana. Przestaję już rybom robić zdjęcia, wyglądają wszystkie prawie tak samo. Zrobiło się dosyć późno, kończę wiec na dzisiaj, po kolacji i paru piwkach zasypiam szybko. Rano budzi nas łoskot deszczu, który próbuje rozwalić dach naszego autocampingu, co za ulewa!!! A tu trzeba z psem wyjść. Próbuję odwlec spacer aż trochę ulży - zapomnij. Kocham tę moją poczciwą suczkę Vicky, tak sie nazywa, dlatego tez ubieram nieprzemakalne ubranie i wychodzimy. Po spacerze zabieram Vicky pontonem do boi, w ulewnym deszczu, wrzucam szybko kukurydze i kulki do wody i wracamy. Dopiero teraz doceniam to, że mamy ogrzewanie, telewizor itd... Czas mija, a deszcz leje, żadnych bran. Idę na piwo za płot, na camping, cały czas w zasięgu słuchu sygnalizatorów.

Po jakimś czasie deszcz ustaje, jest godzina chyba 17-18, decyduję więc, że zmienię kulki i założę nowe świetliki. Ruszam do wędek, podnoszę lewą, aż tu nagle gigantyczny ODJAAAAAZD!!!, nie wiem, co się dzieje, kołowrotek przestał działać, cały poplątany po tak gwałtownym zrywie. Mam wrażenie, że zaczepiła mnie łódź podwodna, nie jestem w stanie nic zrobić, wołam do żony "idź po pomoc, mam potwora!!!"

Kołowrotek nie oddaje ani centymetra żyłki, biegnę wzdłuż brzegu, to cos ciągnie z taka siłą, że mój karpiowy sprzęt nie ma prawa tego wytrzymać. Biegnę w stronę pomostu, wskakuję do pierwszej łodzi, sekundę później wskakuje też jakiś facet i wrzeszczy po niemiecku: "Jak można karpia łowić bez podbieraka". "Ruszaj durniu" - wołam!!! To nie karp!!!" Wiszę na końcu łodzi z daleko wyciągnięta do przodu ręką, dalej już nie mogę, żyłka musi pęknąć, ryba ciągnie całą łódź z atomową siłą.

- Ruszaj - wołam - ruuuuuuuszaj!

Ruszyliśmy, o Boże, zdążyliśmy. Płyniemy w kierunku ryby, odzyskuję żyłkę, metr po metrze...

- Nie tak szybko - wołam - to ona nas ma ciągnąć! Uciekają minuty, ryba robi niesamowite zrywy, bez łodzi nie byłbym w stanie ani przez moment z rybą powalczyć. Robi mi się trochę głupio, facet mi pomaga, a ja do niego "ty durniu". Ryba znowu odchodzi, zapasowa wędka jak do tej pory trzyma, jak długo jeszcze? Zaczynam mieć bóle w kręgosłupie, zrozumiałem też, że nie jestem w stanie ryby tej wyholować, nie mam żadnej kontroli nad nią, robi z nami, co chce, ileż ona ma siły. Hej, no właśnie, ile ma jeszcze siły? Odchodzi znowu zapalamy motor i płyniemy za nią, odzyskuję znowu parę metrów żyłki i znowu ryba odchodzi i tak w koło Macieju. Jak długo to jeszcze potrwa. Na brzegu zebrała się dosyć liczna grupka ludzi i wędrują za nami, jest tez moja żona z kamera, to świetnie będzie pamiątka. Ryba zatrzymuje się, zmienia kierunek?

Nie, to łódź z nurtem dryfuje i ciągnie rybę, zwijam żyłkę, powoli centymetr, po centymetrze, powoli wyciągam rybę z głębin. Zwijam, zwijam, ryba idzie niechętnie, ale podnoszę ją po centymetrze, zesłabła już zdecydowanie, odzyskuję bardzo dużo żyłki, nadzieja rośnie, może się uda? Obserwuję żyłkę wychodzącą z wody, gdzie ten przeklęty przypon? Jest, jest przypon, za nim ryba - ojojojoj, to niemożliwe, to potężny sum!!! Przynajmniej dwa metry... I co dalej - znowu odchodzi. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, ze taka bestia połaszczy się na moją kukurydzę i kulki proteinowe.

Z tą łódką to mi się naprawdę udało, szkoda tylko, że facet kompletnie pojęcia nie ma o wędkarstwie. Teraz dopiero mi opowiada, że jest tu przypadkowo, bo znajoma wygrała w czasopiśmie Blinker wczasy sumowe i mogła zabrać osobę towarzyszącą.

Sum wyraźnie traci siły, dopiero teraz doceniam doskonała żyłkę, jaką polecono mi przed dwoma laty na wędkarskiej mesie w Düsseldorf, (a już myślałem, że przepłaciłem). Podciągam rybę po raz drugi do powierzchni wody, widzę ją. Teraz sum powinien dostać klapsa w głowę, (to taka próba przed lądowaniem ryby rękami), facet ma stracha, ryba jest ciągle na powierzchni, chyba nie ma już zbyt dużo siły i znowu odchodzi raptownie, próbuję ję zatrzymać. Nagle o zgrozo - coś pęka w mechanizmie kołowrotka, nic nie działa, korba nie da się kręcić, to już koniec, a jesteśmy już całkiem przy brzegu, następny facet wskakuje do lodzi, chce pomoc, łapie za wiosła i stara się łódź trochę od brzegu odsunąć.

Ryba nie ma siły zbyt daleko odpłynąć. Wykorzystuję to i zaczynam żyłkę palcami ciągnąc i nawijam ja na przedramię - to straszny błąd, nie róbcie tego nigdy!!! Udaje mi się suma podciągnąć do lustra wody, pakuję mu rękę w pysk...

AAAUUUAAA..., ryba rozrywa mi cały naskórek dłoni tysiącami drobniutkich zębów ostrych jak brzytwa i zrywa żyłkę. Jak to dobrze, że nie używałem plecionki, bo albo nie miałbym teraz ramienia, albo nie było by mnie teraz tu.

Janusz Krótki - Karpiarz


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

jaj:
Januszu, zdjęcia wykorzystam w innym miejscu - konkurs, jakkolwiek by patrzeć, jest, hm, literacki, więc niech mówi słowo...
jaj
karpiarz:
Nie ma sprawy Jacku.Zgodnie z obietnica kaseta video jest juz w drodze do Ciebie.Jest na niej tez ten przypadkowy hol tego suma, jest troche haotycznie nagrana,zaczyna sie od pracy kwoka o ktora prosil Sazan itd... Napisze Ci pare punktow o jej tresci.Karpiarz
TJ:
Karpiarzu,

Już rozumiem, czemu zmieniłeś zainteresowania gatunkiem łapanych ryb. No nie, żeby żyłkę odzyskać :), tylko, żeby co najmniej jeszcze raz mieć do czynienia z 2m sumem. Domyślam się, że od tej pory karpie traktujesz zupełnie przypadkowo, no żywcowo! De facto miałeś więcej szczęścia niż zwykle, bo ten sum mógł ci niezłe kuku zrobić. Gratulacje za dobry tekst, w którego kontekście wspólna wyprawa nad Rio Ebro nabiera jeszcze większego smaku.
TJ
PS. A może tak faktycznie nad Segre pojechać, dużo dobrego o tej wodzie słyszałem, no i może połowu nam nie "podbiorą" :-)
Pozdrawiam.
karpiarz:
Drogi TJ - karpia lowie od moich najmlodszych lat i z cala pewnoscia bede to robil nadal,wiec o przypadkach nie moze byc mowy.Rozumiem tez, ze jak sie slyszy, ze karpie stosuje sie jako przynety,to nie jednemu karpiarzowi serce peka.Niestety w regionie tym,karp ma tak wysoka populacje,ze stanowi glowny pokarm dla suma.Gdyby to tylko odemnie zalezalo,to z cala pewnoscia,pojechal bym znowu wlasnie do Mequinenzy.Zdaniem fachowcow to jedno z najlepszych lowisk w europie.Wystepuje tam tez olbrzymi sandacz,a jakCi dodam ze to wlasnie tam odbywaja sie mistrzostwa swiata w polowie Baasa (na tzw Jezirze Gornym),to zgodzisz sie ze mna ze to wedkarski raj na ziemi.
Sazan:
I znowu żona winna, że karpiarzowi karp zszedł z zestawu... Z pełną buzią się nie mówi? A całusy z pełną buzią się daje? :-)

Rzecz dzieje się w Ameryce. John - mówiła kiedyś Jenny do swego chłopaka - wszystko zniosę, i twoje ręce w kieszeni, i brudną koszulę, i nogi w butach oparte o stół... Ale jednego nie mogę! Proszę cię, jak mnie całujesz, to chociaż wyjmij cygaro z ust...

Karpiarz! Znasz przecie mój chamski, przyciężkawy czasem dowcip i wiem, że się nie obrazisz... Nie dość, że się rozkarpiłeś i rozsumiłeś nad Ebro, to jeszcze rozpisałeś na WCWI. :-) No, no! Kto by pomyślał?

A pamiętam Twoje nieudolne (jestem tu bezwzględny!) pierwsze próby pisarskie na czacie Pogawędek jeszcze parę miesięcy temu. Koledzy się denerwowali z powodu długiego oczekiwania na uzyskanie od Ciebie choćby króciutkiej odpowiedzi na zadane pytanie. Wprawa czyni mistrza.

Strasznie podniecasz Kolegów takimi jak ten powyżej tekstami. Mnie zresztą też :-)
Niech jednak wszyscy zrozumią, że aby dojść do jakiej takiej wprawy na danej wodzie, to albo trzeba dobrze ją poznać, albo... mieć przewodnika. Na obcej wodzie niewiele się wskóra samemu. No, chyba, że się ma wyjatkowe szczęście. Zwykle frycowe każdemu przyjdzie płacić...

To trochę tak, jak konkurować z miejscowymi grzybiarzami w obcym sobie lesie. Można zbierać zgodnie ze znanymi zasadami (maślak w sosnowym młodniku, kozak pod grabem czy brzózką, borowik pod dębem itd.) ale miejscowi znają miejscówki a nie zasady... :-)

Opowiadanko baaardzo wędkarskie! Takie z krwi i kości! Tętni w nim kawałek prawdziwie wędkarskiej, hemingwayowskiej, męskiej przygody, za którą tak bardzo wszyscy tęsknimy. Tak bardzo...

Sazan
karpiarz:
Drogi Sazanie,ciesze sie jak zwykle z Twojego dojrzalego komentarza,mysle jednak ze ostatnio albo Ci zona w czytaniu przeszkadzala :))),albo poprostu,za czesto po schodach latales :))) - dlaczego??? Pozwolisz ze zacytuje z Twojego komentarza..."I znowu zona winna,ze karpiarzowi karp zszedl z zestawu...(czy napewno o karpiu tu mowa)???pozdrawiam Karpiarz

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy