STOJADŁO, a może STU JADŁO to leśne jeziorko w pobliżu Leżajska, które jak głosi legenda powstało w miejscu hucznej biesiady miejscowych rozbójników. Jak w każdej bajce tak pewnie i w tym micie jest trochę prawdy. Dawniej jego wody sięgały prawie pod las.

W środek wbijał się półwyspem kożuch bagiennej roślinności, który rozrastając się, z czasem pozostawił wolnym tylko jedno najgłębsze oczko. Dno w nielicznych miejscach było piaszczyste, ale większą jego część zalegała gruba warstwa mułu. Mimo to woda była tam dość klarowna i chłodnawa. W każdym razie jak sięgnę pamięcią to miejsce zawsze wydawało mi się dość tajemnicze.

W latach 70. jeziorkiem tym zainteresowało się nasze koło PZW zarybiając je karpiem, linem i szczupakiem. Karaś podobno był tam od zawsze i jest do dzisiaj. O ile dobrze pamiętam, przez co najmniej rok nie wolno było tam zamoczyć kija. Miejsce było dość dobrze pilnowane i rybki szybko nabrały wagi tym bardziej, że pożywienia miały pod dostatkiem. Piękne potem nastały chwile, kiedy to dorodne liny i karpie rozciągały skręcone żyłki grubości 0,35 i wyginały bambusy skutecznie testując ich wytrzymałość.

Niestety postępująca cywilizacja z leśnego uroczyska zrobiła małe zarośnięte bajorko. Powstające w niedalekiej odległości zakłady potrzebowały dużo wody. Stojadło odczuło to dość drastycznie. Poziom wody obniżył się prawie o połowę. W tak małej i płytkiej kałuży ryby nie dały rady przeżyć kolejnej zimy. Nigdy nie zapomnę obrazu śniętych wielkich ryb, które po ustąpieniu lodu leżały po brzegach i na wypłaceniach. Dzisiaj takich sztuk nie powstydziłaby się żadna galeria w portalach wędkarskich.

Od tego wydarzenia minęło wiele lat, w ciągu których miejsce to przestało kogokolwiek interesować. Lustro wody skurczyło się jak ciało staruszka.

Obecnie przechodzą tamtędy jedynie pracownicy do pobliskich zakładów. Dla mnie jednak to leśne uroczysko nadal jakby zachowało swoją duszę.

Jedne z moich pierwszych, samodzielnych wypraw z czasów szkolnych prowadziły właśnie tam. Do dziś pamiętam ten charakterystyczny zapach wiszącej nad wodą porannej mgiełki, a właściwie bagiennych oparów. Ilu ta woda wychowała wędkarzy? Bez mała stu i na pewno więcej jak stu wędkarzy z tej wody rybki jadło. Można by więc powiedzieć, że nazwa o wiele bardziej adekwatna niż "Floryda" (leżajski zalew), która bez bobrów i wydr byłaby tylko wizerunkiem wielkiej pomyłki obecnych czasów.

Nad Stojadło po kilkunastu latach zaglądnąłem jesienią ubiegłego roku. Nie spodziewałem się niczego ciekawego, ale kiedy przysiadłem na starym pomoście wychodzącym poza linię tataraku, nagle znalazłem się w zupełnie innym świecie...

W lustrze wody zobaczyłem dwóch urwisów maszerujących wzdłuż torów z bambusowymi wędkami...

Była niedziela, a słońce jeszcze nie zdążyło wychylić się znad horyzontu. Czuliśmy się jednak dobrze spóźnieni, bo poprzedniego dnia planowaliśmy wypad tak, żeby nad wodę dotrzeć przed świtem. Maszerowaliśmy więc szybko, aby zdążyć zająć jakieś godziwe miejsce nad wodą. Nie było ich za wiele, bo brzegi od zawsze były dość trudno dostępne, podmokłe i zarośnięte szuwarami. Najlepsze miejsce było na wyspie, a właściwie na kożuchu sukcesywnie zarastającym powierzchnię jeziorka. Wejście tam nie było łatwe, zwłaszcza po za krótkiej nocy. Każdy krok groził mało pachnącą kąpielą. Na środek prowadziła jedna ścieżka po "głowach" wystających z bagienka kęp traw.

Krok po kroku, z nadzieją na upatrzone poprzedniego dnia miejsce przedzieraliśmy się przez trzęsawisko zasnute poranną mgłą. Małe brzózki rosnące tuż nad wodą, cel naszej wyprawy, z każdym metrem stawały się coraz wyraźniejsze. Jeszcze parę kroków i... za drzewkami zamajaczyły dwie postacie. A niech to... znowu nas uprzedzili. Nici z linów i karpi. Jedyne stuprocentowe miejsce! No cóż, skoro doczłapaliśmy aż tu, to może jakoś dotrzemy do wody gdzieś w pobliże. Zmieniliśmy azymut o 90 stopni i następne parę minut straciliśmy badając niepewny grunt przy każdym kolejnym kroku. Markotni, w końcu jakoś dotarliśmy do w miarę stabilnego miejsca z łatwym dostępem do wody.

Z niewielką wiarą rozłożyliśmy wędki. Na końcu najdelikatniejszego jaki miałem zestawu z żyłką 0,25 i haczykiem nr 6 zadyndała rosówka. Spławik z gęsiego pióra znieruchomiał w wodzie w niewielkiej odległości od szczytówki.

Tymczasem ptaki rozbudziły przyrodę na dobre, a wielka tarcza słońca rozgoniła ostatnie mgiełki. Echo kukułki wróżyło niezły połów.
- Co ona, zacięła się czy co? Zażartował Jurek. Faktycznie, na jedno ku-ku ptaka echo odpowiadało podwójnie.
- Niech sobie kuka, tylko żeby to wróżyło brania, a nie godziny oczekiwania na rybkę – odpowiedziałem, ukradkiem i z zazdrością zerkając na intruzów, którzy co zajęli nam miejsce. Siedzieli skuleni bez ruchu, więc chyba i u nich na razie nie było brań. To i dobrze przynajmniej nie będzie żal.

Mijały kwadranse, a spławiki sterczały nieruchomo jakby się zasłuchały w śpiewy ptaków.
- Rosówki pewnie się już dawno potopiły. Trzeba by założyć coś bardziej ruchomego.
- Może żabę? Jurek wskazał płaza uparcie gapiącego się na nas od dłuższego czasu.
- Co ona się tak gapi. Może jeszcze śniadania nie jadła? Pewnie miała ochotę na twoją kanapkę. Sam zżarłeś, a zwierzątko tylko ślinkę łykało.
- Żaba chleba nie będzie jadła – obruszył się Jurek, ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby nie poczęstować jej mięskiem.
Wyciągnął ze słoika największą rosówkę i podrzucił w pobliże żabki. Ta, jak tresowany piesek w mgnieniu oka chwyciła za koniec wijącego się robaka.
- Nooo to ma do obiadu zajęcie - powiedziałem.
Żaba jednak potraktowała rosówkę jak przekąskę i jakby trochę bardziej zadowolona nadal gapiła się nam prosto w oczy. OK! Łap następnego. Chwila, moment i po robaku. - Aaaale ma spust. Czekaj – damy jej te z haków. Ściągnąłem topielca i machnąłem w pobliże zielonego płaza.
- Eeee zdechłe jej nie pasują.
- Nażarła się bestia, ale patrz, idzie druga.
Niestety druga choć z apetytem zaostrzonym tylko przez kilka komarów, stanęła obok i znieruchomiała.
- Te bestyje jedzą tylko żywe.
Urwałem dłuższe źdźbło trawy i powoli zacząłem poruszać nim zdechlaka. Nie trzeba było długo czekać. Obie żaby skoczyły na zdobycz z dużym impetem, jednak tak niefortunnie że zamiast na robaka trafiły na siebie.
Rozśmieszyło nas to do rozpuku na tyle, że niechcąco rozkołysaliśmy całym kożuchem wyspy, przy okazji wywołując na wodzie fale.
I już była okazja do następnej zabawy. Gwałtowne ugięcie nóg w kolanach powodowało, że po chwili goście po drugiej stronie podskakiwali do góry.
- Coś ta kukułka chyba wywróżyła nie to co powinna.
- Zmieniamy przynęty. Jak liny dzisiaj strajkują to chociaż pobawimy się karasiami.
Z kromki, której nie udało się pokonać na śniadanie, ugniotłem ciasto zmiękczając je wodą z bagienka w którym staliśmy.
- Haki trochę za duże jak na karasie, ale trudno. Najwyżej będą brały po dwa na raz – zażartowałem.
Spławiki po chwili ponownie znieruchomiały. Ugięciem nóg znowu zrobiłem falę, a ta spowodowała, że spławiki zaczęły podskakiwać. BIERZEEE!

Goście po drugiej stronie zdążyli już złożyć wędki. Robiło się coraz cieplej, a nam coraz weselej. Kolejna fala – O! jakie branie... Po następnej fali jeden spławik jakoś nie bardzo się chciał wynurzyć. Co jest? Zaczepił czy co? Podciągnąłem wędkę do góry. Coś przyblokowało i po chwili na trawę wyskoczył niemały karaś.
- Ej! One chyba dzisiaj biorą na spinning. Trzeba pewnie trochę poruszać zestawem.
Zanim zdążyłem zarzucić wędkę Jurek poruszył spławikiem góra dół. Chwila i na trawie wylądował całkiem pokaźny karaś. To chyba metoda na dziś. Zrobiłem to samo i na rezultat długo czekać nie musiałem. W niecałe pół godziny siatka zrobiła się pękata od karasi. Najmniejszy miał ponad 25 cm, największy około 35 cm. I jak tu nie wierzyć kukułce?

Chłodna jesienna bryza wyrwała mnie z zadumy. Blade słoneczko coraz szybciej wydłużało cienie drzew na ciemnej wodzie... To październik, minął wrzesień. Już listopad licho niesie... Zaszumiało gdzieś wśród kolorowych liści. Czas powrotu...

Wiesław Furmański *wifer*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Bardzo NN! 8) (nostalgiczne i nastrojowe)...
Wifer... Masz u mnie duuże piwo.. Tam zaczynałem.. Łezka się w oku kręci. Wiekie dzięki za reaktywację wspomnień.
Wifer, u mnie też masz piwko, chociaż tam nie łowiłem :grin
Wifer super opowiadanie :) Jak bym tam był ze 20 lat młodszy....
Dziękuję WAM za ciepłe słowa. To prawdziwa historia z przed bez mała 35 lat. Szkoda że ten czas tak szybko leci. Jeżeli natomiast jesteście zainteresowani co dzieje się na ziemi leżajskiej, gdzie teraz jeździmy i co wiesza się na naszych wędkach zapraszam na www.fishing.lezajsk.pl możecie tam poczytać inne moje wypociny, pooglądać fotki naszych łowisk w galerii i wypowiedzieć się na forum. Jak się trochę ociepli mamy w planie zorganizowanie zlotu forumowiczów na Ożannę - na wspólne moczenie kija i kiełbaskę przy ognisku. Będzie to też dobry czas na wychylenie szklanicy piwa. Już dzisiaj ZAPRASZAM
Poziom wody w większości takich małych jezior i stawach od ładnych pare lat opada lub zarastają bo nikt ich nie czyści z roślinności a tym bardziej nie pogłębia.
Wspaniale i noastrojowo opisane. Zawsze żal, gdy taka woda kurczy się i ginie. Też taką mam w pobliżu i nawet napisałem kilka słów o niej pod linkiem http://www.wcwi.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1508
ja tak samo miło wspominam z dzieciństwa kanałek na mazurach i piekne jazie w nim... teraz to mały ciurek z koluchami...
jak przejeżadżałem tam ostatnio (wytrząsając przy okazji rodzinkę) to tez się łezka w oku kręciła
jak to fajnie mieć chociaż takie wspomnienia bo połapać już tam się nie da...
Pięknie napisane
Super.Dzięki!!!!!!
Świetne klimaty. Gratulacje