Dzień trzeci

Dzień wita nas kilka minut po szóstej hałasem ciężkiego sprzętu. To budowniczy wskoczyli na obroty. Leje się beton po zbrojeniach kolumn, betoniarki jadą sznureczkiem zatapiając niemal cały pontonowy most. Rwetes na całego.

Długo tu nie zabawimy, kawa, śniadanie i w dalszą podróż. Pozostawiamy daleko w tyle betonowy krajobraz. Płyniemy kontemplując otaczającą nas przyrodę. Nawet na bocianim gnieździe Marek wpada w głębokie zamyślenie.

Ogrom dzikiego ptactwa jaki przetacza się przed naszymi oczami jest czymś niesamowitym. Nie potrafię wielu z nich nazwać, ale nie przeszkadza mi to w podziwiania piękna podmokłego terenu. Co chwila mijamy kolejne wyspy, małe co prawda, ale stanowiące enklawę ptactwa. Czaple dziesiątkami przesiadują nad otwartymi brzegami.

Co chwila podrywają się do majestatycznego lotu. Na niebie widnieją ich charakterystycznie wygięte, w kształcie litery s, ciała. Wysoko na niebie szybują drapieżniki wypatrujące swoich ofiar, a łabędzie łopotem swych skrzydeł dają znak o przelotach.

Niespodziewanie zauważamy, że mamy towarzystwo. Dwa kajaki i ponton doganiają nas. Chwila rozmowy z wodniakami. Okazuje się, że jeden z nich jest pleszewianinem. Jaki ten świat mały. Koledzy po wiośle wrzucają drugi bieg i szybko znikają za kolejnym zakrętem. Mijamy Koło, tuż za miastem niemal nad samym brzegiem stoją dumnie ruiny zamku. Postanawiamy poddać je eksploracji. Dobijając do brzegu płoszymy dużego bolenia, który szybkim susem ucieka z płycizny. Filut postanawia na niego zapolować. Reszta ekipy zwiedza ruiny.

Robią wrażenie, ciekawe cóż te mury pamiętają? Uczty, bitwy, intrygi, zdrady? Wpatrujemy się w czerwień cegieł. Nie słychać tętentu koni.

Boleń zignorował podchody Krzycha odbierając chwilowo ochotę na dalsze łowienie. Wracamy do dalszej podróży. Ruiny zamku widziane z wody górują nad okolicą w całej okazałości.

Odpływamy kawałek za miasto i zarządzamy postój. Kawa tego nam trzeba. Ekipa gotuje, ja udaję się na łowy. Jak zwykle drapieżniki szaleją pod drugim brzegiem. Na naszym cisza tylko okonki nieśmiało pukają w woblery. Kończę zdegustowany nierówną walkę. Na postoju panuje sielankowa atmosfera. Zmęczeni upałem koledzy pławią się w Warcie.

Aż nie chce się wracać na wodę. Kilkudniowy pobyt w prażącym słońcu daje mi nieźle do wiwatu. Okrywam się ręcznikami, aby uchronić swe ciało przed palącym słońcem. Cierpię, niczym przypalany na piekielnym ogniu. Nie ma na to sposobu? Aby zapomnieć o piekących miejscach oddaję się spinningowi, tym chętniej gdy obserwuję w polaroidach kilka boleniowych piędziesiatek. Na końcu zestawu zawisa bezsterowiec. Mijamy kolejną wyspę, rzucam pod brzeg na płytką wodę i prowadzę przynętę szybkim tempem z prądem. Nagle niczym duch pojawia się szary cień tuż za moim wabikiem. Czuję nagłe walnięcie, hamulec popiskuje delikatnie. Chwila szaleńczej walki i nagły luz. Jestem zły, sam nie wiem na kogo, przeklinam siarczyście i ponawiam rzut nie spodziewając się brania. Jakież jest moje zdziwienie, gdy mam kolejne walnięcie w wobler i pulsujący ciężar na końcu wędki. Niestety coś musiałem zrobić nie tak, bo po chwili znów czuję luz. Ryby nie ma, kolacji też. Chyba nie uda nam się powtórzyć zeszłorocznego wędkarskiego sukcesu.

Mijamy po raz kolejny kajakowo pontonową grupę zajętą krzątaniną przy rozbijaniu obozu. My również musimy o tym pomyśleć. Łagodny brzeg z trawką wystrzyżoną przez naturalne kosiarki zdaje się być miejscem w sam raz na ostatni postój. Dobijamy brzegu.

Na kolacje miały być ryby. Miały ...??!! Dobrze brzmi. Niestety tegoroczne rybaczenie nam jakoś nie idzie. W czasie, gdy ekipa zabiera się za gotowanie i rozkładanie namiotów Filut nie daje za wygraną łowiąc kilka małych okoni.

W dzisiejszym menu miały królować ryby, niestety paluszków rybnych nie zabraliśmy, a o godne patelni ryby w rzece było trudno. Najwidoczniej za bardzo do sobie wzięły powiedzonko, że w naszym kraju wszyscy biorą, tylko nie ryby. Krzysztof wabiony zapachami dochodzącymi z kuchni daje odpocząć rybą. Wędkę zamienia na talerz dobrej strawy.

Jakby na pocieszenie pozostają nam młode ziemniaczki z masełkiem i koperkiem, mizeria oraz jajecznica z jajek, które zagościły w skrzynce na prowiant prawdziwym rzutem na taśmę. Czyż nie wygląda apetycznie?

Na stałe do pontonowej rzeczywistości wpisały się codzienne wieczorne pogaduchy, tradycyjnie rozpoczynane od browarka. Ognisko to też stały element wieczoru.

Ogniskowy krąg opuszczamy chwilę przed północą

Dzień czwarty

Ostatniego ranka próbujemy z Filutem ratować nasz wędkarski honor wstając skoro świt na łowy. Nic z tego ryby ogłosiły strajk głodowy. Na pocieszenie łowimy kilka okoni maruderów, a ja zaliczam wyjście ładnego jazia. Na ruszcie nasza zdobycz nie wygląda okazale, ale jak zapewniał Jarek, naczelny rybojad spływu okonie były palce lizać.

Nie pozostaje nam nic innego jak wrzucić na ruszt zasłużone śniadanie i popłynąć ku przygodzie.

Słońce męczy nas okropnie, nie ma na nie siły. Żar leje się z nieba nieubłaganym strumieniem. Na pontonie nie ma za dużo cienia, więc nie pozostaje nic innego jak polewanie wodą. Uf jak gorąco.

Mijamy konińską aglomerację obserwując z poziomu wody wielopiętrowe betonowe bloki. W oknach mnóstwo ludzi. Wyglądają niczym pisklęta jaskółki brzegówki czekające na matkę z pokarmem. Zostawiamy w tyle wielkie miasto. Rzeka płynie powoli wśród łąk. Pomimo popołudnia słońce nie przestaje palić. Pragnienie wzmaga się wielce.

Naprowadzamy nasz transport w okolice, z której ma nas odebrać. Z mapą wszystko wygląda prościej.

Mijamy miejsce zeszłorocznego startu, powracają wspomnienia. Mnóstwo wspomnień. Umówieni jesteśmy na ósmą. Już teraz wiemy, że przyjdzie nam czekać. Powoli zwijamy graty. Myjemy naszą jednostkę i czekamy.

Ileż można siedzieć. Rozwijam wędkę i korzystając z chwili oddaję się spinningowemu szaleństwu. Okonie biorą jak wściekłe, to nic że ich wielkość jest mała, ale mamy niezłą zabawę na zakończenie. Zachodzące słońce oświetla ciepłym światłem całą okolice. Kończymy łowy, czekamy cierpliwie na transport jak na wędkarzy przystało.

Kończy się kolejny etap warcianej Odysei. Za nami kilometry rzeki, a przed nami kolejne nie odkryte obszary. Niebieska wstążka Warty wije się nieprzerwanie od tysiącleci, a my wpadamy na chwilę w jej wir szukając przygody. Eskapada pozostawia slajdy wspomnień, zamyślenie, zadumę nad minionym czasem.

Już teraz w myślach układamy następną warcianą wyprawę. Kiedy? Gdzie? Dlaczego? Po co? Pozwolicie, że odpowiem za ...

Krzysztof Gembalski *Gemba*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Czytałem, czekając na warciańskie ryby i... :grin

Taka eskapada, przy takiej pogodzie, to świetna sprawa. Też się do takiej przymierzam, choć dotychczas było z czymś \"pod górkę\". Może w przyszłym roku? Zobaczymy.
mimo braku ryb jadalnych, wyprawa super i świetnie zrelacjonowana!

Bombel, co ci się śni? \"Pod górkę\"? Do NS chcesz wiosłować? :P
Marku osiem-czwórko, no przeca na żadnych kaczych dołkach pływać się nie da z rozmachem. A że jeszcze z fantazją trzeba, to i pod wodospady można próbować :grin Szczególnie, że baaardzo warto:)

A co do ryb jadalnych: do ich braku to chyba zanadto przywykłeś, no nie? :grin :P
Przy teoretycznym łowieniu trudno też się pożywić na wirtualnych efektach :grin :) Stąd i minimalizm Twój, w którym do sycenia zmysłów teorie i fotki zaczynają Ci wystarczać :grin

Aż chyba się wybiorę po tym zwiniętym asfalcie, pstryknę kilka kolejnych. Byś nie zapomniał, jak woda wygląda :P
Przeczytałem od deski do deski a i fotki super. Z relacji wynika że ciężki jest żywot wędkarza i jak mawiał mój kolega ,, z wędkarstwem żyć sie da, ale wyżyć ni czorta. Ryby w taki upał też uciekają w cień i są jak my leniwe. A może tak na przyszły rok powiększyć osadę o płeć piękną ?
Pozdrawiam i stopy wody pod kilem życzę. Ted
Jak zwykle ,Twoje teksty czyta sę z przyjemnością.W tych ruinach byłam niedawno,bo to całkiem niedaleko od Sieradza,byłam też w Gołuchowie odwiedzić żubry :) ...
Gołuchów też ostatnio odwiedziłem, robiłem znajomym małą sesję przy zamku i w parku, nie obeszło się bez odwiedzenia jeziora. Na razie nie wolno łowić. Po spuszczeniu wody zbiornik zaczyna bardzo powoli powracać do życia. Zanim zaczną brać prawdziwe okazy to miną jeszcze ze cztery roczki. Poczekamy ...
A może tak na przyszły rok powiększyć osadę o płeć piękną ? pisze Ted - chyba nie - to nie byłby taki sam spływ...??
czyżby kolejna wyprawa nad Odrę Krzysztof ?? - pisze ziober Musimy dokończyć Wartę. Zrobiliśmy jakieś 170 km, więc Odra jeszcze chyba długo nie. Dzięki za miłe słowo o wyprawie spróbować warto Bombel, zapewniam
Mieszkam w górach i zazdroszczę wam przygody.jestem wędkarzem i mogę tylko powiedzieć jak w starej piosence>żeby choć raz.