Woda jest tak zmącona, że nie próbujemy na razie łowić. Wczesnym popołudniem stajemy przy lewym brzegu, aby obejrzeć opuszczoną "stajankę geołogow".

Trzy małe budynki zbudowane na zrąb. W jednym stoi jeszcze duży żelazny piec - ruska bania. Pusto i wiatr hula w środku. To pierwsze ślady ludzi spotkane po drodze.

Ruszamy i kilkaset metrów dalej urywa się ściana po prawej stronie . Do rzeki wpada duży, rwący potok Stajemy poniżej i brniemy w ujście.

Dużo zmąconej wody spływa z gór.

Rozstawiamy się, co dziesięć metrów. Wchodzę w wodę po kolana. Przede mną miesza się woda z potoku z nurtem rzeki, który płynie rynną u podnóża skalnej ściany naprzeciwko. Dużym dwudziestocentymetrowym woblerem rzucam pod skały. Wariacki prąd zabiera go w prawo, ale za chwilę wchodzi w zderzenie z wodą z potoku. Tu wolno prowadzę stukając prawie w dno.

Jeszcze kilka rzutów. Wiatr wciska mżawkę pod kaptur i za rozpięty kołnierz. Jeszcze raz.... Przez chwilę myślę, że to zaczep. Tylko przez chwilę... Potężny ciężar odjeżdża kilka metrów. Zacinam!

Nie ma reakcji!

Jakbym zaciął kamień.

Żadnej ucieczki, wyskoków czy młynków. Robi mi się gorąco. Ręce spocone.... Ryba znowu odchodzi kilka metrów i dokręcam delikatnie hamulec. Ciężki kij wygięty w pałąk.

Rozglądam się wokół. Siedmiu ludzi stoi równo jak na pokazie. Lecą do wody obrotówki, wahadłówki, myszy.... Nic nie mówię. Mam w pamięci zbiegowisko wokół Maćka pod wodospadem.

Nie wiem, co i jak zrobić. Boję się. Dwadzieścia metrów przede mną rozpędzony nurt rzeki. Jeżeli ryba tam wejdzie, już jej nie zatrzymam. Na pontonie byłaby szansą za nią popłynąć, ale do pontonów kilkadziesiąt metrów.

Nie dojdę. Chyba nie dojdę?

Czy zdołam ją utrzymać w ujściu potoku? Tuż poniżej jest odrobina spokojnej wody. Może tam uda się ją wylądować?

Kręcę powoli korbką kołowrotka, ale szpula stoi w miejscu. Jeszcze raz delikatnie dokręcam hamulec. Kręcę korbką, a ryba odchodzi kolejne kilka metrów. To jest właściwie określenie : odchodzi. Po prostu przesuwa się o kilka metrów. Bez wysiłku i szarpaniny....

Zimny pot na czole. Stugramowy kij, plecionka 50 funtów i morskie kotwice 4/0..... Mocny sprzęt prawda? Czasami nie wystarcza... Tak jest teraz, czuję to. Jeden skok ryby i każdy z tych elementów może zawieść.

W głośnym szumie wody nie słyszę terkotki hamulca. Patrzę na szpulę. Powoli się odkręca. Ryba odchodzi w prawo. Nie ucieka i nie śpieszy się. Po prostu odpływa bez żadnych objawów paniki.

Nie czuję ruchów ogona, machania płetwą, poszarpywania głową.... Kilka razy zdarzył mi się taki kontakt z rybą, ale to było w łodzi na dużej rzece.

Ta ryba się nie boi!

Rozglądam się wokół. Maciek już coś zauważył, bo idzie w moim kierunku. Powolutku usiłuję przejść w prawo, za rybą. Wyjść z tego cholernego, zwalającego z nóg potoku! Ryba znowu odchodzi kilka metrów. Znowu dokręcam ciut, ciut hamulec i kręcę. Nic z tego. Ona nic sobie nie robi z moich wysiłków. Utrzymać ją z dala od głównego nurtu!

Pompuję i usiłuje ją podnieść kijem. To wszystko śmieszne. Hamulec dokręcony prawie na beton, a szpula się odkręca. Nie mogę ruszyć jej nawet o kilka centymetrów. Pompuje dalej i nic, ani drgnie. Ryba jest około dwadziestu metrów ode mnie. Głębokość najwyżej trzy metry.

Powolutku drepcze na prawo. Ręce bolą. Szarpnięcie i ryba staje na napiętej plecionce. Stoimy tak przez minutę, dwie. Znowu pompuję i kręcę. Próba sił. W końcu ktoś zacznie słabnąć. Kto? Ryba czy ja?

Jeszcze dwa kroki i pompuję. Ruszyła! Idzie do góry!

Podnoszę kij i piętnaście metrów przede mną wychyla się z wody ogromny łeb, a za nim wielki, tłusty kark....

Tylko na chwilę, bo zaraz nurkuje do dna.

Usiłuję ją ruszyć, ale nie daję rady. Znowu odjeżdża powolutku i spokojnie. Próbuję jeszcze raz.

Koniec. Brak kontaktu. Czuję tylko pracę woblera. Wyjmuję go z wody i oglądam. Duże kotwice bez śladu rozgięcia....

Może była zaczepiona jednym grotem?

Czy to się zdarzyło? Co to było?

Wydaje mi się, że tak dużego tajmienia nie widziałem nawet na zdjęciu. Jak duży był i ile mógł ważyć? Nie ważne. To nie była ryba dla mnie. Ze swoją śmieszną wędką byłem z jakiejś innej bajki. Nie to miejsce, woda i czas.

Taka karma.... Czułem to.

Wielka ryba i rwący prąd górskiej rzeki. Co można zrobić? Ja nie wiem. Na Syberii dość często powtarzają się relacje o kontaktach z Tajmieniem nie do wyjęcia na wędkę. Po prostu tak to określają - nie do wyjęcia. Takie, tam wędkarskie opowieści…

Obyło się bez mierzenia, ważenia - śmieszno - pompatycznych zdjęć z rybą i wieczornych opowieści. Zostały tylko emocje i wrażenie kontaktu z legendą....

Zwijam wędkę i wracam do pontonu. Chcę teraz usiąść i spokojnie zapalić papierosa....

Slawek

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy