Nie udało się w tym roku zorganizować zlotu na Jeleniej Wyspie ale mamy namiastkę spotkania w jej pobliżu w bardziej kameralnym gronie....

Drugą część urlopu, jak w każde wakacje, przeznaczam na remontowanie domu. Ten rok okrutnie nadwyrężył moje siły i zapał do prac budowlanych. Postanowiłem, że ostatni weekend urlopu spędzę z moimi synami na rybach. Odpoczniemy wspólnie po ciężkiej harówce a jednocześnie nie będziemy się pętać po domu przeszkadzając mojej ślubnej w porządkach. W wyborze miejscówki na nockę pomogła mi Ania - Cykada29. Dłuższa rozmowa telefoniczna, precyzyjne nakreślenie punktów namiarowych i decyzja zapadła. Zabieramy namiot, gruntówki i jedziemy na weekend na drugą stronę Wisły w rewiry Ani. W trakcie przygotowań, do wspólnego spędzenia czasu nad wodą dał się namówić Glotox.

Czas w sobotę umyka w niesamowitym tempie. Moja lala została zapakowana do granic (żona zadbała o aprowizację i odpowiedni ubiór dla swoich synów). Przeprawa promem w Nieszawie to zwykła formalność ale też bardzo przyjemne doznanie. Po kilkunastu minutach desantujemy sie na drugim brzegu. Robert informuje mnie telefonicznie, że nie zdołał nigdzie po drodze kupić licencji i uda sie jeszcze do Bobrownik aby spróbować to załatwić. Tam dostał namiary na gościa, który przyjął go we własnym domu i sprzedał licencję. Godne pochwały biorąc pod uwagę weekendowy czas.

Ja w tym czasie kierowany plastycznym opisem Ani, trafiam na miejsce. Nie nie. Nie tak prędko. Wpierw trzeba przejechać przez gospodarstwo korzystając z prywatnej drogi. Jak to u nas w zwyczaju jest za odpowiednią opłatą, która wynosi "jeden browar od auta". Towarzystwo pobierające opłaty jest już nieźle wstawione. Do tego stopnia, że uważają moich synów za niezłe panienki :). No ale jak widać na fotce, można się pomylić.

Po kilku minutach z animuszem zajechał Glotox i po uiszczeniu opłaty, ruszamy w stronę brzegu rzeki. Kilkaset metrów jazdy przez busz i ze zdziwieniem stwierdzamy obecność auta i kilku osób na miejscówce, która miała być tajna.... Cóż ,okazuje się że wędkarze wszędzie dotrą. Po kolejnym telefonie do Ani, wiemy gdzie się usadowić. Znoszenie klamotów zajmuje nam trochę czasu ale dajemy radę po kilku kursach.

Nad samą wodą znów niespodzianka w postaci stery śmieci po poprzednikach. Worki zawsze wozimy ze sobą, zaczynamy więc od porządkowania terenu. Jeszcze przygotowanie drewna na ognisko i rozstawiamy wędki. Rozbicie namiotu pozostawiamy na później, ale to jest najmniej problematyczna czynność, ponieważ moja Quechua staje w 2 sekundy. Po całym ceremoniale można usiąść i oczekując na brania napić się piwka i porozmawiać. Jak zawsze można liczyć na Roberta, który swoim dowcipem bawił nas doskonale rekompensując przedłużający się czas bez aktywności ryb.

Miejscówka jest bajeczna. W zasadzie to trzy miejscówki miedzy główkami, każda o innych charakterze i pachnąca różną rybą. Miałem zamiar siąść na końcu najdłuższej i wieczorem wypuścić woblerka sandaczowego. Niestety ubiegł mnie pewien jegomość, który wrzucił gruntówkę z filetem. Jak się później okazało, holował przez chwilę okazałą rybę ale bez sukcesu. Ja natomiast postanowiłem obejść teren z castem mając nadzieję na sandacza. Około dwugodzinny obchód zakończyłem bez kontaktu z rybą i postanowiłem wrócić do reszty towarzystwa. Okazało się, że chłopakom coś zżera rosówki ale zaciąć tego nie idzie. Wreszcie Robert pokazał klasę i na węgorzowy hak zapiął rybę. Była to jak się okazało jedyna zdobycz tej wyprawy.

Rozpalamy ognisko, bo to i chłodno i kiełbaski trzeba upiec. Na wesołych rozmowach mija szybko czas. Zwijam feedery synów gdyż już poszli spać. Jeszcze pół godziny kuszenia sandacza castem w zupełnych ciemnościach i stwierdzam, że też się położę. Robert natomiast postanowił spędzić noc przy ognisku na rozkładanym fotelu. Twardziel z niego, bo w nocy było poniżej 10 st. Poranna pobudka przyniosła kolejną niespodziankę w postaci trzech następnych wędkarzy, którzy bez żadnego skrępowania usadowili się kilka metrów od nas. Gdyby to zrobili wieczorem, pewnie byśmy się z tym tak łatwo nie pogodzili. Ale rano mieliśmy w planie tylko śniadanie i pakowanie sprzętu a następnie powrót.
Znamienne jest to, że uchwyciłem dziwne a może i kpiące spojrzenia naszych sąsiadów gdy wynosiliśmy do aut worki ze śmieciami.....

Żegnamy się serdecznie i każdy z nas rusza w swoją stronę. Podsumowując ten wypad, jeśli chodzi o brak brań, to chyba wschodnia cyrkulacja i przybierająca woda były tego przyczyną. Zresztą nie tylko my doznaliśmy porażki. Na tarczy zeszli wszyscy wędkujący obok nas. A miejscówka przecież jak wymarzona....
Ważniejsze jednak było wspólne spędzenie czasu i wypoczynek na świeżym powietrzu, na ryby przyjdzie czas. Właśnie zaczyna sie jesień i te prawdziwe okazy zaczynają żerować. Czas znowu poćwiczyć casting....

Roman Wesołowski *erwin*