Pompa

Posuwając się dalej na wschód mijamy kawałek, który nigdy nie ugościł moich przynęt i docieramy do przepompowni. Generalnie zawsze darzyłem to łowisko dużą sympatią. Pewnie dlatego, że było odrobinę mniej uczęszczane niż nasze ulubione miejscówki, o których mowa w następnym rozdziale, a specyfika (płytko, bagienko, trzciny itd.), była w zasadzie taka sama. Łowiliśmy zawsze w kierunku wschodnim od samej Pompy. Pamiętam, że tutaj właśnie samodzielnie złowiłem swojego pierwszego karpia. Pisząc „samodzielnie” mam na myśli takie okoliczności, gdzie samodzielnie rozwinąłem wędkę, zanęciłem, zarzuciłem i wyholowałem. Myślę, że mogło to być w 1990/1 roku, a okaz miał coś około półtora kilograma. Tutaj również złowiłem, a w zasadzie złowiliśmy na spółkę z Andrzejem, mojego/naszego jedynego wymiarowego sandacza. Złowiliśmy, bo przynętę podrywką zdobyłem ja, Andrzeja była wędka i on ją zarzucił, ja wyciągnąłem zdobycz na brzeg, a stryj robił za podbierakowego. Wielkość – podobna do mojego pierwszego karpia, ramy czasowe – również. Pora na dwie krótkie historyjki.

Było to około 1994 roku. Przyjechaliśmy z dziadkiem i Andrzejem jakoś koło południa. Dzień wcześniej odbyła się inwazja karpi kawałek dalej, więc antycypując, że będzie tłum od razu skierowaliśmy swoje kroki do Pompy. Jak się okazało, całkiem słusznie, bo jak później sprawdziliśmy, tam dalej było „ludzi jak mrówków”. Tym bardziej, że i tutaj się nie wynudziliśmy. Dziadek siedział pomiędzy nami i łowił na spławik, ja z jego lewej strony, a Andrzej z prawej. Ze stryjem używaliśmy po jednej wędce na spławik, a drugiej na sprężynę. Gruntowe łowisko zanęcaliśmy i mieliśmy wspólne – łowiliśmy centralnie przed dziadkiem (oczywiście kilkanaście metrów dalej), który nie był z tego powodu zachwycony – nigdy nie przepadał, gdy mu się ryby płoszyło wrzucając do wody takie bomby. Naszymi zdobyczami były głównie okołowymiarowe amurki, a od czasu do czasu trafiał się również jakiś karpik.

W pewnym momencie Andrzej miał branie na sprężynę, zaciął, a po chwili nastąpiło rzucanie mięchem jakiego to wielkiego karpia musiał urwać i udał się do obozowiska umiejscowionego obok dziadka na zawiązanie haczyka. Dosłownie chwilę później miałem branie u siebie, na sprężynę. Zaciąłem, wyholowałem kolejnego amurka, odpiąłem swój haczyk, odpiąłem haczyk Andrzeja, wypuściłem rybkę, oddałem haczyk stryjowi i zarzuciłem ponownie.

Druga opowieść jest króciutka i wydaje się banalna, ale obiecuję, że będzie miała swój ciąg dalszy później. Otóż któregoś razu, myślę że to też środek lat dziewięćdziesiątych, łowiąc na sprężynę upolowałem niewielkiego linka, ot takiego 20-25 cm. Po wypuszczeniu linek w płytkiej wodzie zrobił szybką rundkę, zawrócił i… wyskoczył na brzeg.

Żabie Wody

Doszliśmy zatem do naszego głównego łowiska, miejsca gdzie spędziłem większość swojego czasu nad zalewem. Łowisko płytkie, bo powiedzmy, że o głębokości do pół metra, w samym rogu zatoki (ja wiem, że to ciężko nazwać zatoką, ale niech tak zostanie) był wpływający niewielki siurek (Kanałek – tak brzmiała jego „oficjalna nazwa”) o podłożu raczej miękkim, bagiennym. W związku z tym była w nim spora ilość płazów. Inna terminologia używana przez konkurencję na ten fragment zalewu to „koło krzyża” – obiekt taki znajduje się przy zjeździe z szosy tuż obok pętli autobusowej. W latach wcześniejszych było to również znakomite miejsce pieczarkowe – niestety już mniej więcej od połowy lat dziewięćdziesiątych niekoniecznie.

Zaczynamy wędkowanie od krańca zachodniego, czyli od Łabędzia. Okresowo znajdowało się tam gniazdo tytułowych ptaków i wtedy miejscówka była wyłączona z wędkowania chyba, że ktoś był wyjątkowo odważny (czytaj: głupi). Tak czy owak, miejsce było bardzo trudno dostępne – bez woderów było raczej ciężko, czasami udawało się tam ustawić przy nieco niższym stanie wody. Łowiłem tam może 2-3 razy w życiu, z pewnością nigdy nic nie upolowałem. U Łabędzia jednakże miałem spotkanie chyba z największą rybą, która skusiła się na nasze przynęty. Rok myślę, że coś koło 1994/5. Przyjechałem po szkole, Andrzej łowił od południa. Nic się nie działo, ale pod wieczór karpie zaczęły „chodzić”, chociaż nie chciały brać. Andrzej łowił nietypowo, bo w Łabędziu, ja kawałek dalej w zatoce. Pamiętam, że chyba pod sam koniec wędkowania urwałem zestaw i zniesmaczony brakiem współpracy zakończyłem łowienie, zwinąłem się i poszedłem do stryja.

Zaczęło się robić ciemno, nasz sąsiad już się zwinął i czekał na nas. Wtedy stryj miał w końcu pierwsze branie i półtorakilogramowy karpik znalazł się na brzegu. Andrzej nakazał sprezentować go sąsiadowi i w ten sposób zyskaliśmy jeszcze kilka minut, podczas skrobania przez niego ryby. Wróciłem do stryja, było już prawie zupełnie ciemno, a karpie nadal pływały jak pershingi. Spławik przy takiej widoczności był dociągnięty prawie do samych trzcin, jakieś 7-8 metrów od nas. Sąsiad już nas wołał, a my byliśmy wpatrzeni w ledwie widoczną kreskę na powierzchni wody. W którymś momencie zgodnie stwierdziliśmy, że spławik chyba jedzie. Zacięcie, otworzył się ponadmetrowy wir (sądząc po odgłosie), hamulec zajęczał, ryba wysnuła błyskawicznie kilkanaście metrów żyłki przepływając w lewo, gdzie znajdowało się mnóstwo zatopionych kołków i suchy trzask pękającej żyłki zakończył wędkowanie tamtego dnia…

Następny w kolejności opisu wypada Lewy Kołek (w wodzie stał tam pieniek, ale to chyba jasne). To kawałek brzegu odwiedzany przez nas już częściej, ale nie aż tak bardzo jak wschodni kraniec zatoki. Główny powód był dość prosty – zawsze kierowaliśmy się zasadą, że łowimy pod wiatr, a zdecydowanie częściej wieje u nas z kierunków północnych i zachodnich. Najciekawszy incydent związany z tym miejscem to chyba jedna z naszych najefekt(o)ywniejszych Wędrówek – już tłumaczę cóż to takiego.

Cała moja wędkarska rodzina, czyli dziadek, tato i stryj wychowała się nad rzeką. Wszyscy zawsze łowili na „chodzonego”, czyli spędzali po kilka, kilkanaście minut w jednym miejscu, a następnie przenosili się w kolejne, a potem jeszcze w następne miejsce. No i cóż, taki nawyk im po prostu pozostał. W związku z powyższym bardzo często odbywaliśmy spacery nad zalewem w sytuacji kiedy ryba nie brała. Ot, po prostu podpatrzeć innych, czasem zasięgnąć języka, a zdarzało się też namierzyć karpie, które akurat się pluskały. W każdym razie, czasem wynikiem takiej wędrówki była zmiana łowiska, niejednokrotnie nawet na sporą odległość. Oczywiście zdarzało się również zrobić to bez rozpoznania, ot tak, nazwijmy intuicyjnie. Naturalnie, najczęściej te nasze kombinacje do niczego nie prowadziły, ale na szczęście zdarzały się wyjątki.

Powiedzmy, że było to w połowie lat dziewięćdziesiątych. Na ryby pojechaliśmy z Andrzejem. Pamiętam dokładnie, że już sama podróż była dość ekstremalna. Autobus jeżdżący nad Szałe w tamtych czasach kursował mniej więcej co 40 minut. Startowaliśmy ze skrzyżowania Polnej i Górnośląskiej. Niestety ten kurs, na który się udaliśmy nie przyjechał, więc już na starcie byliśmy prawie godzinę do tyłu. Jak łatwo się domyślić, kolejny przyjechał podwójnie załadowany. Wspomnę tylko, że była sobota, a spora część pasażerów to działkowicze jadący nad zalew (z dość dobrym przybliżeniem można stwierdzić, że pasażerami autobusu linii 28 byli wędkarze oraz działkowicze). Nie wiem jakim cudem udało się nam wejść do środka, ale pamiętam, że nasze plecaki musieliśmy trzymać na głowie. Uważni czytelnicy po przeczytaniu poprzednich rozdziałów mogą stwierdzić, że nie były one małe.

Wysiedliśmy na przedostatnim przystanku i udaliśmy się na róg za Zatoką Budowlanych. Po zanęceniu i zarzuceniu zestawów od razu coś nas tknęło i nietypowo, bo obaj, udaliśmy się na spacer na Żabie Wody. Po dotarciu na miejsce już wiedzieliśmy, że to było dobre posunięcie, bo przywitały nas chlupoty karpi w zachodnim krańcu zatoki. Miejsce na lewo od Kołka było jeszcze wolne, więc ja zostałem, aby je zająć, a Andrzej pobiegł po swój ekwipunek. Kiedy wrócił, ja poszedłem po swój sprzęt, a kiedy ja z kolei do niego dołączyłem, na brzegu leżały dwie wędki z dwoma karpiami na haczykach. To był bardzo fajny dzień – karpie i amurki z mniejszymi czy większymi przerwami brały praktycznie do wieczora.

Tutaj jeszcze króciutka historyjka, której bohaterem jest wspólnik taty. Otóż kiedyś przyjechał na ryby, usadowił się właśnie w zachodniej części zatoki, niespiesznie przygotował zanętę, przebrał się w kalosze/wodery, zanęcił łowisko, przygotował rozkraczki, powbijał je nawet w odpowiednie miejsca, rozłożył siedzisko w postaci sporego i wygodnego fotela (jak pewnie zauważyliście po opisie, człowiek ten był ucieleśnieniem spokoju, dokładności i chęci delektowania się okolicznościami przyrody), po czym zwinął się z powrotem, wsiadł w samochód i wrócił do domu… po wędki.

Przechodzimy do Narożnika lub Pieńka – łatwo chyba się domyślić powodu obu nazw. O tym miejscu można powiedzieć, że to jedno z dwóch głównych, gdzie spędzaliśmy czas. Piszę w liczbie pojedynczej, ale tak naprawdę, to znajdowało się tam kilka dziurek w trzcinach, w których można było zarzucać wędki. To miejsce jest dla mnie szczególne z dwóch powodów. Po pierwsze to tutaj złowiłem swoje pierwsze ryby metodą na żywca. Myślę, że było to około roku 1991/2. Po raz pierwszy wzięliśmy na wyprawę podrywkę, ale niestety zapomnieliśmy o sznurku do niej. Był to pewien kłopot, gdyż nie było łatwo złapać małych płoteczek w tak niewielkiej odległości od myśliwego. Ale to zadanie zostało scedowane na dziadka, który dysponował dużo większą cierpliwością w tej materii. Siedział sobie spokojnie… w wodzie i czasu do czasu wrzucał niewielkie kawałki kluski na siatkę, a po jakimś czasie dostarczał nam przynętę. Dzięki niej, pierwsze w życiu okonie zasiliły moje konto. Powód drugi, okoliczności tego miejsca również związane są z drapieżnikami. Jak już napisałem wcześniej, w Zatoce Budowlanych po raz pierwszy u innego wędkarza ujrzałem sprężynę i stwierdziłem, że ja też chcę spróbować. Mniej więcej zbiegło się to z prezentem otrzymanym od mojej mamy – szklanego spinningu przywiezionego od naszych południowych sąsiadów. Do sprężyny potrzebna była dość mocna i sztywna wędka - spinning spełniał oba te wymagania. Nabyłem więc pierwsze sprężyny w życiu i czekałem z niecierpliwością na kolejny wyjazd.

Pierwsze próby ze sprężyną odbyły się właśnie przy Pieńku; myślę że mogło to być w tym samym roku, w którym złowiłem pierwsze rybki na żywca, być może rok później. Pamiętam, że zarzuciłem zestaw, udałem się na brzeg z jakiegoś powodu i od razu było pierwsze puknięcie, o którym powiedział mi Andrzej, a które zostało potwierdzone odgryzieniem połowy manny. Niestety był to ostatni kontakt tego dnia, jeżeli chodzi o białą rybę, natomiast w którymś momencie woda zaczęła się gotować się od szalejących okoni i małych sandaczy. Widząc, że nie mogę wytrzymać, Andrzej zarządził zmianę zestawu i zawiązanie niewielkiej obrotówki, których kilka na wszelki wypadek zawsze woziłem ze sobą. Pierwszy rzut i stryj złowił okonia. Natychmiast przejąłem wędkę i miałem kilkudziesięciominutową zabawę z grasantami. To były moje pierwsze rybki na spinning, złowione niezgodnie z ówcześnie panującym regulaminem, bo wymaganych czternastu lat to ja wówczas nie miałem.

Kontynuując opowieść o tym miejscu, to pamiętam, że Andrzej właśnie w tym pierwszym sezonie, w którym w naszej rodzinie pojawiła się sprężyna, długo i namiętnie okupował Pieniek używając właśnie tej metody. Łowił do pierwszych przymrozków – wspominał, że niekiedy pod wieczór lód ścinał powierzchnię wody. Wielkich ryb raczej nie było, ale łowiąc wytrwale w jednym i tym samym miejscu znęcił sobie płotki, przepraszam, płocie! Łowił praktycznie zawsze po kilka takich po pół kilograma, a zdarzały się czasem nawet i większe egzemplarze.

Jeszcze jedna historyjka, w której udziału nie brałem, ale myślę, że jest na tyle wyjątkowa, że można ją tu umieścić. Działo się to w nieco wcześniejszym okresie, myślę że była to końcówka lat osiemdziesiątych. Na rybach byli dziadek, Andrzej oraz nasz sąsiad, który już pojawił się w tym rozdziale. Sąsiada wędkarstwem zaraziła dużo wcześniej właśnie moja rodzina… Andrzej i sąsiad łowili obok siebie oczywiście przy Pieńku. W którymś momencie ich spławiki zeszły się do siebie – pewnie jakaś duża fala albo prąd był przyczyną. Już któryś z nich miał przerzucić zestaw, ale obie antenki odjechały jednocześnie. Dwóch wędkarzy, dwa zacięcia i jeden, ten sam, półtorakilogramowy karpik… Podobno odbyła się długa i wyczerpująca dyskusja czyja jest ta ryba. Oczywiście więcej było śmiechu i przekomarzania, ale rybę naturalnie zabrał sąsiad (podczas dyskusji zawsze miewał rację – bez względu na jej temat).

Powinienem podać jeszcze dość istotną informację na temat Szanownego sąsiada. Otóż przestrzegał jednej Bardzo Ważnej Zasady. Według niego nie było możliwości zacięcia, dopóki spławik nie zniknął z powierzchni wody. Zdarzało się, że karpik ciągał mu spławik po całym łowisku, oczywiście i po naszym również, więc trzeba było czasem nawet wyciągać nasze zestawy, aby nie dopuścić do splątania. Byłem wtedy młodym człowiekiem, więc nie miałem odwagi (kultury) aby zwracać uwagę dużo starszej osobie, ale czasem dziadkowi, a nawet Andrzejowi zdarzyło się tak trochę w żartach pouczyć, że może to już czas na zacięcie? Odpowiedź była zawsze ta sama: „Panie Krzemień, przecież to jakiś karaś pcha nosem bułkę”.

Podążamy brzegiem Szałe dalej. Do samego rogu zatoki, czyli do Kanałku. Miejsce odrobinę oddalone od Pieńka, nazwałbym je nawet nieco kameralnym z dość prostego powodu – było to dużo większe bagienko w porównaniu z resztą zatoki, co w miarę skutecznie odstraszało konkurencję. Tutaj zdaje się złowiłem swoje ostatnie karpie nad zalewem, a było to na przełomie tysiącleci.

W któryś z piątków wróciłem ze studiów w Łodzi. Pociąg przyjeżdżał o piętnastej, w domu byłem zapewne niecałe pół godziny później, jakiś obiad i po szesnastej zdecydowałem, że biorę rower, wędki, kilka kawałków starego chleba i jadę na Żabie Wody. Po drodze jeszcze wizyta w sklepie w celu zakupu bułki na przynętę i koło siedemnastej meldowałem się nad wodą. Udałem się właśnie nad Kanałek, pozostałe miejsca były już pozajmowane. Liczyłem po cichu na jakąś drobnicę. Już w pierwszym rzucie zameldował się od razu całkiem niezły karasek (a może „pasztet” – czyli odmiana srebrna, nie pamiętam), co bardzo mnie ucieszyło. Podczas montowania siatki centralnie w moim łowisku pokazał się karpik, a więc od razu zarządziłem haczyk o cztery rozmiary większy oraz zwinąłem drugą wędkę. Do wieczora złowiłem bodajże trzy sztuki, a kilka się wypięło. Teraz uświadomiłem sobie dodatkowo, że to były chyba jedyne karpie z zalewu złowione na moją ciągle używaną wędkę.

Przechodzimy do „najgłówniejszego” miejsca na całym zalewie, czyli Koło Łódki – było to przy wschodniej ścianie zatoki. Ta łódka czasami leżała odwrócona do góry dnem w samym kącie zatoki, czasami na brzegu, w trzcinach po prawej stronie, a sporadycznie nawet przycumowana do brzegu i miała kolor biało-zielony. Z pewnością to tutaj złowiłem najwięcej ryb w moim życiu, jeżeli chodzi o zalew Szałe. Tutaj złowiłem również swojego największego karpia, ale „niestety” na sprężynę. Niestety, bo jak już zapewne zauważyliście wcześniej to spławik w naszej rodzinie odgrywał główną rolę. Dodam jeszcze, że głównym producentem w tej materii był dziadek.

Sygnalizatory wykonywane były najczęściej z korka, drugi w kolejności był styropian, sporadycznie balsa (uszeregowanie nieprzypadkowe, a z powodu dostępności materiałów w tamtych czasach). Antenki zawsze ze stosiny pióra – oczywiście najczęściej znajdowanego nad zalewem. Spławiki były wykonywane w sposób całkowicie profesjonalny: malowane (obowiązkowo od góry: czerwony, biały, czarny/zielony), lakierowane kilka razy. Zimą bardzo często unosił się w mieszkaniu aromat lakieru lub kleju Distal. W naszych pudełkach trudno było znaleźć coś innego niż towar wyprodukowany przez dziadka. Z Andrzejem oczywiście próbowaliśmy naśladować produkcję, ale bez specjalnych sukcesów. Obecnie, łowiąc na przystawkę, używam wyłącznie spławików wyprodukowanych przeze mnie z balsy. Dziadek zajmował się również produkcją rozkraczek. Do dzisiaj posiadam jeszcze dwie, które zostały zrobione z aluminiowych kawałków… anteny telewizyjnej (konkretnie z dachu budynku, w którym mieszkał).

Skoro zacząłem o ekwipunku, to może jeszcze napiszę o naszym całym wyposażeniu. Jeżeli chodzi o mnie, to pierwszą wędkę, bambusową rzecz jasna, otrzymałem od mojego śp. pradziadka. Jakoś nie bardzo mi przypasowała. Dziadek sprezentował mi wówczas, jak to on i Andrzej określili: cud techniki, czyli kijek nabyty na bazarze od naszych wschodnich sąsiadów. Na to coś również łowić się nie dało. Wówczas przejąłem trzymetrową, francuską teleskopówkę już wówczas bardzo wiekową i to była moja główna wędka spławikowa. W międzyczasie dziadek poprawił się i kupił kolejny rosyjski teleskop, który idealnie sprawdził się w przyszłości do połowów gruntowych. Jeżeli chodzi o kołowrotki, to najpierw dysponowałem Rexem, potem Silstarem, a następnie Quickiem. Te dwa ostatnie to efekt prowadzenia przez tatę od 1991 roku sklepu wędkarskiego.

Jeżeli chodzi o dziadka, to on strasznie kombinował z wędziskami. Kupował od czasu do czasu jakieś wynalazki, przerabiał przelotki, uchwyty na kołowrotek – on po prostu miał duszę majsterkowicza. Tato wielokrotnie proponował, że kupi mu Damowskiego weissfischa, wędkę którą on sam posiadał, ale dziadek uparcie odmawiał, a przecież to był (jest nadal) super sprzęt.

Z Andrzejem to różnie bywało, przejął na przykład moją pierwszą, ruską wędkę i z powodzeniem (wiem, że przed chwilą napisałem, że się nią nie dało wędkować – przyjmijmy zatem, że stryj miał „lepszą technikę”) łowił na nią kilka lat, inne wędki dziedziczył po dziadku itd. Jeżeli chodzi o kołowrotki, to pamiętam, że na samym początku mojego wędkowania w całej rodzinie dominowały węgierskie Neptuny, potem dziadek otrzymał od mojego taty jakąś Daiwę i na nią łowił do końca. Wszyscy używaliśmy żyłek w rozmiarze koło 0,20-0,22 mm, potem z biegiem lat schodziliśmy odrobinę z numeracją do 0,16-0,18 mm. Przypon zawsze o 0,02 mm cieńszy. Andrzej i ja preferowaliśmy haczyki większe – standardowo był to rozmiar nr 6. Dziadek zwykle miał zawiązaną dziesiątkę i za każdym razem, kiedy spinało mu się coś większego słyszał od nas jedno słowo: „hacycki”. Oczywiście wówczas, gdy w łowisku pojawiała się drobniejsza ryba to my się przewiązywaliśmy… Jeżeli chodzi o spławiki – używane przez nas najczęściej wymagały obciążenia mniej więcej 4-6 gramowymi oliwkami. Aha, ołowiane łezki dziadek też odlewał…

Wracając do mojego okazu Koło Łódki, to karpik miał ledwie cztery kilogramy i do dnia dzisiejszego pozostaje największą złowioną przeze mnie rybą. Przyjechałem rowerem po szkole, myślę, że były to czasy moich ostatnich klas w liceum, czyli około 1995/6. Wiedziałem, że stryj zaczynał koło południa; znalazłem go przy łódce – łowił w kącie zatoki. Spytany o wyniki odparł, że ryba dopiero niedawno się ruszyła i że przed chwilą złowił kilowego leszcza. Oddał mi wędkę gruntową (moją ruską – akurat tego dnia sobie pożyczył), bo stwierdził, że się nie rozdwoi, a i tu, i tam są jakieś brania. Zarzuciłem, minęło dosłownie pięć minut i policjant powędrował spokojnie i pewnie do góry. Zacięcie, kilka metrów odpływała ryba, kilka metrów żyłki wybierałem ja, jednak mój przeciwnik szybko osłabł. Oceniałem go na jakieś 2 kg, a okazało się, że był dokładnie dwa razy większy. Wiem, że to żaden okaz, ale niestety nigdy nie miałem szczęścia do tych większych. Bardzo często łowiłem więcej na sztuki od Andrzeja czy dziadka, ale to oni zgarniali te większe egzemplarze.

Przy łódce miałem na wędce prawdopodobnie największego przeciwnika w swojej karierze (myślę, że było to przed 1995). Łowiłem z pozycji prawej, mojej ulubionej – powiedzmy, że koło łódki było miejsce dla trzech wędkarzy, a dla zaprzyjaźnionych, że czterech (spokojnie mieściliśmy się z dziadkiem, stryjem i sąsiadem). Spławik po prostu klasycznie odjechał, a po zacięciu ze spokojem i majestatem ryba odpłynęła kilka metrów, po czym równie dostojnie skręciła w trzciny po prawej stronie i tam zaparkowała. Posłałem tam Andrzeja, który musiał wleźć bez butów w ten okropny muł, ale po wyplątaniu zestawu brakowało w nim tylko haczyka. Nie pomogło niestety, że wlazłem tak daleko jak się dało, nie pomogła nawet długa wędka – pamiętam, że to był jeden z dziadka wynalazków (choć w tym przypadku dość nietypowy, bo w postaci fabrycznej, bez przeróbek – obaj z sąsiadem kupili sobie identyczne, pięciometrowe, ciężkie klocki). Sąsiad dawał radę (kawał chłopa), natomiast dziadka ta wędka po prostu przeważała… Próbowałem na nią trochę łowić (zapewne po tym, jak dziadek nabył kolejny wynalazek), ale poza długością nie miała żadnych zalet – mnie chyba też w końcu przeważyła, bo wkrótce wróciłem do swojej, o 40% krótszej.

Koło Łódki jeden, jedyny raz w moim życiu nad zalewem ryba zrzuciła mi wędkę z podpórek. No powiedzmy, że zrzuciła połowicznie. Czasy coś koło połowy lat dziewięćdziesiątych. Wyszedłem na brzeg z zamiarem konsumpcji, Andrzej również. W międzyczasie przyjechał nasz znajomy w celach szpiegowskich (wywiad) i wszyscy trzej spokojnie sobie rozmawialiśmy. W pewnym momencie zauważyłem, że mój kołowrotek ląduje w wodzie. Sprawcą zamieszania okazał się trochę ponadkilogramowy karpik, który sam się zaciął, po czym pociągnął szczytówkę, w związku z czym drugi koniec wędki podniósł się. Następnie rybka zaczęła powoli płynąć w bok i trochę do brzegu zatapiając mój kołowrotek.

Jeszcze jedna krótka historyjka z najstarszym członkiem naszej wędkarskiej rodziny w roli głównej. Otóż dziadek miał zwyczaj zwijania zestawu na zakończenie łowienia poczynając od złożenia wędziska. Zawsze podśmiewałem się z niego, że kiedyś w końcu jak złoży wędkę, będzie miał branie. Doczekałem się po kilku latach, Koło Łódki rzecz jasna. Zdobycz była dość nietypowa jak na Żabie Wody, bo był to leszcz, taki 2,5-3 kg. Tzn. doczekałem się, ale tylko połowicznie. Byliśmy na dwa samochody – ja wróciłem z ciotką pierwszym, a dziadek, stryj i sąsiad drugim kwadrans później. No i właśnie te kilka minut zdecydowało, że na żywo tego nie widziałem.

Na koniec wspomnień o tym miejscu obiecane dokończenie opowieści o linku spod Przepompowni. Następnego dnia łowiłem Koło Łódki. Na spławik wyholowałem podobnej wielkości zielonego osobnika. Popatrzyłem i stwierdziłem, że jest niesamowicie rozmiarowo podobny do tego z wczoraj. Podczas wypuszczania wystrzelił mi z ręki, zrobił kółeczko w tę samą, co dzień wcześniej, lewą stronę i… wyskoczył na brzeg. Mówcie co chcecie, ale ja do końca życia będę wierzył, że to była ta sama rybka i nikt mnie nie przekona, że było inaczej!

Proste

Za Żabimi Wodami zaczyna się w miarę prosty kawałek brzegu. Rzadko tam bywaliśmy, czasami, gdy w naszej ulubionej zatoczce było za dużo ludzi, po prostu uciekaliśmy do Pompy lub właśnie tutaj. Najbardziej lubiłem pierwszą dziurkę, pewnie dlatego, że była ona dość podmokła, osłonięta trzcinami i przypominała jeszcze Żabie Wody. Mogę ponownie pochwalić się skuteczną Wędrówką, w wydaniu tym razem podwójnym. Myślę, że była to połowa lat dziewięćdziesiątych, w każdym razie to czasy sprężynowego sezonu. Na ryby przyjechałem sam i zacząłem koło Pompy. Niestety dość szybko pokłóciłem się z kretynami łowiącymi po mojej lewej i prawej strony, którzy łowili „na skos”. Skończyło się awanturą i w końcu splątaniem zestawu z niesympatycznym starszym panem, którego znaliśmy z widzenia i nazwijmy to eufemistycznie, nie przepadaliśmy za nim. Brania były wtedy bez rewelacji, ale trafiały się jakieś pojedyncze karpiki czy leszcze. Dodam, że niesympatyczny pan ZAWSZE łowił na cztery wędki, wyrobił żonie kartę wędkarską, opłacał składki za dwie osoby, więc wszystko było powiedzmy, że legalnie. Żona zawsze mu towarzyszyła czytając książki lub robiąc na drutach. W każdym razie stwierdziłem, że nie przyjechałem po to, aby się denerwować. Zwinąłem się i przeniosłem kilkadziesiąt metrów dalej na wschód, na groblę pomiędzy Pompą a Żabimi Wodami. Powstała ona sztucznie przy budowie niewielkiego pomostu. To był jedyny raz, kiedy tam spróbowałem swoich sił. Po dobrej godzinie stwierdziłem, że trzeba kombinować dalej i udałem się właśnie na początek Prostego. To był strzał w dziesiątkę, ponieważ właśnie tam znalazłem urzędujące karpie. Złowiłem ich coś między 7-10 sztuk, wszystkie do półtora kilograma. Innych większych sukcesów, poza jakimiś pojedynczymi wyjątkami nie pamiętam, jeżeli chodzi o to łowisko.

Z Prostym związana jest jednak inna, dość przełomowa dla naszej cały rodziny historia. Cofamy się w czasy dawniejsze, z pewnością to lata osiemdziesiąte. To jeszcze okres, gdy nie dysponowałem nawet swoim własnym sprzętem wędkarskim. Tato przyjechał po pracy i stwierdził, że jedziemy na ryby, ponieważ mamy do wypełnienia bardzo ważną misję. Otóż wspólnik (tak, ten sam – zapominalski) pożyczył mu jakąś Niesamowicie Mądrą Książkę, w której opisane był bardzo dokładnie różnice pomiędzy takim rybami jak: leszcz, krąp, rozpiór, sapa. Tę ostatnią nazwę usłyszałem wtedy z pewnością po raz pierwszy, rozpióra coś tam kojarzyłem. Ponownie przypominam (mam nadzieję, że młodsi czytelnicy się jeszcze na mnie nie denerwują), że było to w zamierzchłych czasach, kiedy nazwa Internet nie była znana. Nie można było wuja Gugla zapytać o to, czy o tamto…

Wówczas na zalewie dominowały niewielkie… No właśnie do końca nie byliśmy pewni co. Czy to były leszcze, krąpie, może jakieś mieszańce. Niewielkie, w sensie do kilograma, a nazywaliśmy je guciami. Niestety nie mam wiedzy skąd się wzięła ta nazwa. Naszym zadaniem było zatem złowienie przynajmniej jednego egzemplarza testowego i dokonanie na nim operacji policzenia promieni płetwy odbytowej. To w jednoznaczny sposób rozwiałoby nasze wątpliwości. No więc pojechaliśmy na Szałe i pamiętam, że udaliśmy się na końcówkę Prostego. Egzemplarze testowe zostały złowione dwa, klasyczne, półkilowe. Nie chwaląc się, jam to uczynił. Promienie policzono i zidentyfikowano… leszcze.

I jeszcze jedna krótka historyjka o kolejnej awanturce. W sumie o awanturce, której nigdy nie było, ale niewiele zabrakło. Na ryby pojechałem sam, to był ponownie ten sprężynowy sezon. Jeżeli chodzi o ryby, to nic szczególnego nie złowiłem, jakieś płoteczki, gucie, czyli drobnica, ale pamiętam, że coś tam się działo – w każdym razie nie wynudziłem się. Pogoda była niepewna, tzn. cały czas praktycznie byłem gotowy do powrotu (w wypadku awaryjnym z Prostego do przystanku miałem jakieś 200 metrów biegu). Przez większość czasu nad Kaliszem kolor nieba zaliczył wszystkie odcienie czerni i grafitu. Nie wspomnę o grzmotach i błyskawicach. A u mnie… ciepełko, może nawet i słonecznie. No w każdym razie nie spadło ani pół kropli deszczu, ani kawałka wiatru, nic… Zwinąłem się spokojnie pod wieczór i wróciłem do domu. W mieście – krajobraz jak po niewielkiej powodzi. Gdy wszedłem do domu, myślałem, że babcia mnie rozszarpie – po chwili, kiedy się uspokoiła (po obmacaniu i sprawdzeniu zerowej wilgotności mojego ubrania) chyba nawet spytała gdzie byłem i czy na pewno na rybach.

cdn.

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy