Narożnik

To miejsce w zasadzie można podpiąć do Prostego, bo to sam koniec tego łowiska, ale uznałem, że warto je wyróżnić ze względu na moją najdłuższą zwycięską walkę z rybą, którą stoczyłem w mojej wędkarskiej karierze. Było to z pewnością w tym samym roku, w którym nastąpiła przygoda z boćkiem opisana wcześniej. Skąd to wiem? Pamiętam, że pierwsza wyprawa po moim przyjeździe z wakacji nad jeziorem to przygoda z boćkiem, druga była wizytą na Prostym, o trzeciej opowiem za chwilę, a będzie też i czwarta w kolejności, ale o tym jeszcze później. Po prostu mam zdolność do rejestrowania rzeczy nie całkiem ważnych, jak np. wcześniej wspomniana data awansu Duńczyków do półfinału mistrzostw świata w piłce nożnej.

A więc pamiętam, że pierwszy autobus odchodził z Rogatki o 4.26. Na łowisku zatem byliśmy trochę po piątej. Niestety okazało się, że podbierak wzięliśmy tylko jeden, dlatego też odbyła się mała awanturka kto będzie nim dysponował. W końcu wyszło, że stryj. Ja zostałem na rogu, dziadek udał się w głąb zatoki, antycypując, że tam będzie więcej cienia, a Andrzej polazł jeszcze dalej na łowisko, o którym napiszę w następnym wątku. Po chwili zostałem sam. Podczas rozkładania się byłem pewien, że będzie dobrze, bo na idealnie gładkiej powierzchni wody widać było perełki, a chyba z raz czy dwa pokazał się karpik. Pamiętam, że zanęta, którą przygotował Andrzej to była masakra – jedna wielka papka. Procedura wyglądała następująco: założenie przynęty, uzupełnienie sprężyny papką, zrzucenie z rąk tylu pozostałości ile się dało, umycie rąk, wysuszenie ich o coś (czytaj: o spodnie), zarzucenie zestawu. Pierwsze branie miałem już podczas przygotowywania drugiej wędki, ale skończyło się tylko na wyciu kołowrotka, zacięciu i wyciagnięciu… małża. Z pewnością to nie on brał prażuchę. Po chwili już oba zestawy były zarzucone, a po kolejnych kilku minutach lewy policjant spokojnie poszedł do góry. Zacięcie i na dzień dobry odjazd na kilkanaście metrów. Po chwili kolejny, trochę krótszy. Miałem wrażenie, że jak się uda, to będzie rekord. Takiej siły i spokoju w zachowaniu ryby jeszcze na Szałe nie uświadczyłem, no może poza tym opisanym przypadkiem walki z rybą, która wygrała ze mną Koło Łódki.

W międzyczasie zacząłem nawoływania o podbierak. Niestety dziadka słuch był na kiepskim poziomie, Andrzej był za górą, a innych wędkarzy nie było w polu mojego widzenia. W międzyczasie ryba przepłynęła na moją lewę stronę, w niebezpieczne rejony z zanurzonymi kołkami, a po jakimś czasie na moją prawą, gdzie według mojej wiedzy było całkiem bezpiecznie. Minęło co najmniej 20 minut walki i mój przeciwnik zaczął słabnąć. Oceniałem go na minimum 6-7 kg, a wyobraźnia podpowiadała jeszcze więcej... Po ukazaniu się na powierzchni konsternacja i niemały zawód, bo ryba nie miała nawet 4 kg. Niesamowity opór wynikał z tego, że wzięła sobie żyłkę na płetwę grzbietową. Z drugiej strony to cud, że żyłka wytrzymała – najczęściej takie akcje w wykonaniu karpi kończyły się po prostu zerwaniem całego zestawu.

W każdym razie jakoś w końcowej fazie holu udało mi się tę żyłkę odczepić z płetwy i wciągnąłem karpia w trzciny, ale okazało się, że w miejsce niezbyt fortunne, bo znajdowały się tam zatopione krzaki akacji. Nastąpiła szybka decyzja, czyli odrzucenie wędki w trzciny i chwyt karpia oburącz. Udało się, aczkolwiek trochę krwi musiałem oddać… Po całej akcji oczywiście udałem się po dziadka i Andrzeja, którzy przenieśli się do mnie. Ja złowiłem do końca zmagań jeszcze cztery sztuki, wszystkie od 2,5 do 3,5 kg, dziadek tylko jednego, a Andrzej pechowo pozostał bez ryby. Pechowo, bo chyba ze trzy mu się wypięły, a jeden urwał przy pomocy techniki płetwy grzbietowej. To było chyba moje największe zwycięstwo, jeżeli chodzi o Nieustające Zawody. A kilka akapitów poniżej będzie też największa porażka.

U Kawalera

Kawaler zaczyna się mniej więcej od miejsca, gdzie na drugim brzegu kończy się półwysep. Najpierw wyjaśnienie tajemniczej nazwy tego miejsca. Zapytany o to tato odpowiedział bardzo prosto: „właściciel terenu po drugiej stronie szosy był kawalerem”. Podejrzewam, że był kawalerem dość długo, skoro na jego cześć nazwaliśmy tak kawałek zalewu. To było mniej przez nas uczęszczane łowisko. Z tego co pamiętam, to w czasach ciut dawniejszych niż przedstawione tutaj opowieści, było odwiedzane częściej. Kojarzę, że było to jedno z lepszych łowisko guci, przynajmniej według zeznań Andrzeja. Aha, tutaj też zdaje się dziadek i stryj zaczynali przygodę z zalewem tuż po jego powstaniu – tutaj złowili swoje pierwsze karpie na Szałe. Ja natomiast pamiętam stąd swoją Pierwszą Dużą Rybę.

Było to w latach osiemdziesiątych. Wtedy mniej więcej odkryliśmy, że gucie to leszcze. Na ryby wybrałem się z tatą. Od początku nic nie brało, postanowiliśmy zatem rozpalić ognisko. W trakcie tej czynności spławik na jednej z wędek majestatycznie wyłożył się na powierzchnię. Po tej akcji tato sprawdził oba zestawy, zarzucił je, sam kontynuował rozpalanie ognia, a ja zostałem przy wędkach. Branie było niemal natychmiast, równie spokojne, majestatyczne i klasyczne dla leszcza jak to przed momentem. Pamiętam, że na wędce taty – tak naprawdę to żadna wtedy nie była moja, ja tylko dysponowałem jedną z nich. W każdym razie ryba po zacięciu zrobiła dwa ruchy pyskiem i w zasadzie wypłynęła na powierzchnię, po czym została doholowana do brzegu. Gucio ważył mniej więcej 1,5 kg, a ja miałem wtedy coś koło 9-10 lat.

Portki

Dochodzimy do końca zalewu. Na wstępie informacja, że niezwykły kształt portki zawdzięczają sztucznemu wykopaniu ich północnej odnogi. Sztuczne są również Małe Portki, te po południowej stronie – obecnie zdaje się, że łowienie tam jest zakazane (tzn. było zakazane, kiedy straciłem kontakt z zalewem). Tego rejonu również często nie odwiedzaliśmy. Z lat dziewięćdziesiątych pamiętam jakieś pojedyncze inwazje karpików (oczywiście powodem udania się na tak nietypowe łowisko był wywiad środowiskowy), a oprócz tego jakieś nieliczne płotki czy gucie. Myślę, że częściej sam koniec zalewu odwiedzałem już w tym tysiącleciu, a zdobyczami były wyłącznie okonki na blaszki, woblery i paproszki. Pamiętam też jedną wyprawę, podczas której usadowiłem się na ujściu rzeczki, w północnym narożniku. Woda była wyjątkowo wysoka tak, że bez problemu łowiłem na przystawkę. Całe popołudnie brały płoteczki i gucie, ale trafiły się dwa takie ponadpółtorakilogramowe. To chyba moje ostatnie z zalewu.

Struga

Struga, czyli rzeczka wpływająca do zalewu. Kiedyś (1992/3) na wiosnę wymyśliliśmy, że jedziemy nad strugę. My, czyli standardowy zestaw: dziadek, Andrzej i ja. Dla mnie to była zupełna nowość ta przepływanka. Pamiętam, że początkowo nic nie mogliśmy złowić. Dziadek zapewne usiadł gdzieś w cieniu, a my z Andrzejem bezskutecznie próbowaliśmy złowić coś na pastę w różnych miejscach. Były jakieś pojedyncze brania, jakieś dwie rybki nam się wypięły, ale nic nie wylądowało na brzegu. Dopiero późnym popołudniem, gdy przyjechał po nas tato przenieśliśmy się w okolice połączenia obu strug i tam padły pierwsze płoteczki. Potem były wyjazdy na wiosenne „spacery” z lekką przepływanką, które też stały się, można by rzec, standardem. W zimie też nam się zdarzało tak wędkować. Na przykład moja obecna wędka, którą otrzymałem od Gwiazdora, została przetestowana właśnie na strudze od razu następnego dnia, czyli dokładnie 25 grudnia. Pamiętam, że było wtedy sporo śniegu, zacząłem łowić na moim ulubionym rozwidleniu. Na haczyku pasta, pierwszy rzut i spławiczek poszedł pod wodę. Zaciąłem – pusto. Tato się śmieje, że na pewno zawadzik. Drugi rzut, spławik pod wodę i po chwili pierwsza płoteczka wylądowała na brzegu.

Płotki na strudze był raczej małe, aczkolwiek zdarzały się okazy do pół kilograma. Zresztą nie chodziło o masę, a o to, żeby coś się zameldowało na wędce, po długim zimowym oczekiwaniu. Najczęściej dalej niż do rozwidlenia rzeczek nie chodziliśmy, czasem zdarzało się nam dojść do kładki, czyli pnia znajdującego się na rzeczce odbijającej w prawo – jakieś 200-300 metrów od rozwidlenia. Myślę, że im później, tym rzadziej zdarzało się nam zapuszczać w dalsze rejony. Wydaje mi się, że rzeczka wypłyciła się bardzo przez te wszystkie lata.

Kładka to było miejsce zdecydowanie pechowe dla mojego taty. Pierwsza historia z tym związana działa się wiosną. Przyjechaliśmy wtedy z tatą i Andrzejem. Tato tradycyjnie bez wędki. Jakoś nietypowo znaleźliśmy się przy Kładce i krążyliśmy z naszymi przepływankowymi zestawami. Przy mostku nieoczekiwanie nie było poręczy (żeby była jasność: Kładka to był pień drzewa z przymocowaną poręczą w postaci trochę mniejszego pnia/grubej gałęzi). Tato uparł się, że przejdzie na drugi brzeg. Do pomocy znalazł sobie pokaźnych rozmiarów konar i uczynił z niego laskę do podpory. Wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze, dopóki nie znalazł się na środku mostu. Wtedy to z powodu silnego nurtu konar wpadł w rezonans. Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. Wielkich szkód nie było, wody było tak do wysokości ud, może ciut wyżej. Tato poszedł się suszyć do samochodu, a my łowiliśmy dalej. Na drugą historyjkę z okolic Kładki zapraszam do ostatniego, zimowego rozdziału.

Jeszcze pouczająca opowieść jak należy obchodzić się z ostrym sprzętem wędkarskim. Było to w czasach zdecydowanie późniejszych, dokładnie 1998 rok. Nad Strugę wybrałem się wczesną wiosną (późną zimą?) z Andrzejem. Pamiętam, że było całkiem nieźle – płoteczki brały cały dzień. Pod sam koniec wędkowania, podczas odpinania jednej ze zdobyczy jakoś tak dziwnie wymanewrowałem, że wbiłem sobie haczyk w środkowy palec lewej dłoni. Tkwił po kolanko i za nic nie dało się go wyciągnąć. Cóż, zawiązałem inny, a ten problem zostawiłem na potem. Łowiliśmy praktycznie do zmierzchu, potem pokonaliśmy spory kawałek drogi do przystanku i oczekiwanie na autobus. Właśnie wtedy zająłem się ponownie moim palcem. Efekt moich zmagań przyszedł dość szybko – haczyk złamałem i pod skórą został tyko zadzior. Po powrocie do domu tato zawiózł mnie na pogotowie, skąd skierowali nas bezpośrednio do szpitala. Tam najpierw prześwietlenie. Po chwili przyszedł pan chirurg, obejrzał zdjęcie, stwierdził, że to takie małe i zaśmiał się czy to warto w ogóle kroić (tu w sumie przyznaję rację – haczyk był rozmiaru coś koło 12-14). Do dzisiaj nie jestem pewien czy w 100% żartował. Dostałem szprycę w palec, roboty było kilkanaście sekund, opatrunek i potem przez jakiś tydzień mogłem bez problemu każdemu pokazać „faka”.

Olszyna

Wracamy na wodę stojącą. Opiszę północny brzeg od strony wschodniej, która była przez nas odwiedzana stosunkowo rzadko. Dwa główne powody zostały już wcześniej wskazane, czyli komunikacja oraz kierunek wiatru. W sumie to można stwierdzić, że to nasza jedyna miejscówka na północnym brzegu. To miejsce, gdzie tory kolejowe zaczynają się oddalać od linii brzegowej, to tutaj zawsze na horyzoncie było widać przejeżdżające pociągi kiedy łowiliśmy Koło Łódki.

Historia Olszyny zaczęła się stosunkowo późno w porównaniu z innymi łowiskami, bo jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Dziadek i Andrzej dostali cynk, że po drugiej stronie zalewu biorą karpie, ale wysłano ich trochę za daleko na zachód, z drugiej strony Piaskowej Góry. Tzn. wysłano ich tam, gdzie karpie brały kilka dni wcześniej, co widać było po ilości konkurencji, ale tamtego dnia nie działo się kompletnie nic. W związku z powyższym Andrzej poszedł na spacer, doszedł do Olszyny, popatrzył na wodę, odwrócił się na pięcie i wrócił po dziadka. Wtedy odbyła się pierwsza inwazja. Andrzej opowiadał, że tego dnia byli zupełnie sami na tym kawałku brzegu. Trafił się jeden wędkarz, który przechodził obok ich łowiska. Zatrzymał się i zapytał o wyniki. Ale został spostrzeżony odpowiednio wcześniej; dziadek i stryj zrozumieli się wówczas bez słów. Odparli spokojnie, że nic nie bierze, podczas gdy na końcu zestawu każdy z nich miał karpia. Oczywiście wędki spokojnie leżały na podpórkach, a kołowrotki miały otwarte kabłąki. Gość nie był zbyt spostrzegawczy i nie zorientował się.

Czemu to miejsce nazwaliśmy Olszyna? Ano na samym początku łowiska, w wodzie, tuż przy brzegu po prostu rosło takie drzewko. Przy Olszynie, jak nigdzie, sprawdzała się maksyma, że im większy wiatr w twarz, tym większa szansa na karpie. Mocny, południowy lub południowo-wschodni wiatr praktycznie gwarantował jakieś sukcesy. Któregoś razu (powiedzmy, że był rok 1994) przyjechaliśmy tam i wiało idealnie, to znaczy bardzo mocno i prosto w gębę. Zaczęliśmy od zanęcenia i przygotowania kiełbasek. Pamiętam, że wicher był tak silny, że dokładałem zielonych liści do ogniska, aby się zbyt szybko nie spaliło paliwo. Pierwszy karp wziął, gdy kończyłem kiełbaskę i miał jakieś 2 kg. Po chwili miałem już drugiego, o kilogram większego. Wyglądało, że jestem zdecydowanym liderem w Nieustających Zawodach, ale… po chwili dziadek złowił takiego ponad piątkę, a Andrzej dołożył takiego 7-8 kg. Ten ostatni to największa ryba, którą widziałem na żywo przez nas wyholowaną.

Na Olszynie przeżyłem chyba największą nawałnicę w swoim życiu. Łowiliśmy we trzech: dziadek, tato i ja. Widzieliśmy, że nadchodzi czarna chmura, ale nie sądziliśmy, że będzie aż tak źle – przecież mogliśmy pójść do oddalonego o jakieś 200 metrów samochodu. W każdym razie mieliśmy z tatą na spółkę jeden komplet przeciwdeszczowy. Jeden z nas założył spodnie, drugi bluzę i schroniliśmy się pod parasolem. Długo to raczej nie trwało, nie więcej niż kwadrans, ale mieliśmy wszystko mokre, łącznie z bielizną. Najciekawsze w tej historii jest to, gdzie znalazłem swój zestaw, którego oczywiście nie wyjąłem z wody. Dwa słowa o topografii samego łowiska. Była tam górka opadająca do samej wody, a na samym brzegu niewielka, półtorametrowa, piaskowa skarpa – przynajmniej jeżeli chodzi o wschodnią część łowiska, a tam właśnie miałem zarzucony zestaw. Otóż po całym incydencie całość odnalazłem na górze, w trawie. Wiatr był naprawdę silny, potrafię sobie wyobrazić, że zestaw mógł zostać ściągnięty do brzegu, ale nie wiem jakim cudem spławik wraz z obciążeniem pokonały skarpę.

Zawsze większą sympatią cieszyła się pozycja po prawej stronie olszyny (prawej, patrząc z perspektywy wędkarza, czyli od zachodniej strony). Czasami trwały nawet długie i burzliwe negocjacje na ten temat. Zupełnie przez przypadek odkryłem, że można też łowić zupełnie na zachodniej ścianie zatoczki (tak naprawdę ta ścianka to jest w sumie północna, ale zawsze byliśmy przeświadczeni, że zalew leży niemal dokładnie w linii wschód-zachód). Zaletą tej pozycji było to, że w zasadzie prawie zawsze była wolna, bo trzeba było siedzieć w wodzie, w trzcinach. Czemu przez przypadek? Było to w latach 1994/5. Na ryby przyjechaliśmy w trójkę z dziadkiem i tatą dość nietypowo, bo koło ósmej rano. W zasadzie to nic się nie działo – złowiłem jednego karpika na wędkę dziadka, który oddalił się na spacer. Tak w ogóle, wyciąganie ryb na sprzęt czy to stryja, czy to dziadka, to zawsze było wielki wyzwanie – dwaj mańkuci.

Koło południa musieliśmy się zwinąć, bo tato otwierał sklep o 13. Przed godz. 19 tata zadzwonił i zaproponował, że wrócimy jeszcze na ryby na półtorej godzinki, do zmierzchu. Tak uczyniliśmy. Rażące, zachodzące słońce spowodowało, że przeniosłem się nietypowo właśnie do trzcin na „zachodnią” ściankę. Było to miejsce jeszcze płytsze, bo góra 30-35 cm. Przy samej Olszynie było jakieś 10 cm więcej. Pierwszy zarzut i spławik natychmiast odjechał. Zacięcie i karpik zaczął sobie pływać wzdłuż granicy sitowia, to w prawo, to w lewo. Z biegnącymi minutami cały czas dodawałem mu spodziewanej masy. Po dobrych dziesięciu minutach skapitulował i okazało się, że nie przekroczył nawet 35 cm długości. Mały siłacz stał potem w trzcinach jeszcze z pół godziny nim odpłynął na wolność. Nie przejmował się nawet kolejnymi wypuszczanymi przeze mnie karpikami, a złowiłem ich tamtego wieczoru coś koło 10 sztuk. Tata uparcie siedział przy Olszynie twierdząc, że tam jest większa szansa na coś konkretniejszego. Pozostał bez brania do zmierzchu.

Jeszcze kawałek dalej na zachód, pod Piaskową Górą, rozpoczynał się kawałek lepiej dostępnego brzegu. Było jeszcze płycej, ale tam sporadycznie próbowaliśmy na sprężynę – w tym miejscu stosunkowo blisko podchodziło koryto, w czym upatrywaliśmy spory potencjał. Pora zatem na obiecaną wcześniej opowieść o Największej Porażce.

Było to na wyprawie dokładnie kolejnej po moim zwycięstwie w Narożniku (ze dwa dni później). Dziadek, nasz główny meteorolog, na podstawie informacji z prognozy oświadczył, że będzie wiało z południowego wschodu, w związku z powyższym należy udać się na Olszynę. Pojechaliśmy pierwszym autobusem. Dziadek zajął miejsce koło drzewka, a my z Andrzejem właśnie na końcu zatoczki, pod Piaskową Górą – to był przypominam sezon, gdzie ulegliśmy manii wędkarstwa gruntowego.

Od rana sukcesów nie było, pojawił się dodatkowo niewielki wiatr, który wiał dokładnie na Narożnik na brzegu południowym. Byliśmy oczywiście zniesmaczeni złą predykcją dziadka. Ja wkurzony poszedłem zdrzemnąć się w namiociku, który od czasu do czasu woziliśmy ze sobą – głównie w sytuacjach jakiejś nieoczekiwanej zmiany pogody. Obudził mnie Andrzej, który kazał mi lecieć do dziadka podebrać rybę. Sprawcą zamieszania okazał się trochę ponadwymiarowy amurek. Wiatr już miał odpowiedni kierunek, więc z wielkimi nadziejami przystąpiłem ponownie do łowów.

Na naszym łowisku pojawiło się stado kaczek, które nieustannie wyżerały naszą zanętę. Straszenie, tupanie, krzyczenie (w tym również używanie słów powszechnie uważanych za „brzydkie”) nie pomagało, więc Andrzej wkurzył się w końcu, założył kawałek skórki chleba zamiast prażuchy i zarzucił. Efekt był natychmiastowy i nietypowa, pierzasta zdobycz została doholowana do brzegu. Nie bardzo wiedząc co czynić dalej, zawołaliśmy rzecz jasna dziadka, który wychował się na wsi, w związku z powyższym uznaliśmy, że na pewno będzie wiedział jak się „to obsługuje”. Po krótkiej szamotaninie udało się nawet odzyskać haczyk. Uwolniona kaczucha dołączyła do stadka, które pierzchło natychmiast – obserwowaliśmy, że zatrzymały się dopiero gdzieś w okolicy Żabich Wód (jeżeli dobrze odczytuję mapy, to będzie ponad 1 km w prostej linii). Cała akcja dała dość szybko całkiem spory efekt. Stryj od razu złowił amura, takiego ponad 3 kg. Dziadek w międzyczasie dołowił jeszcze dwa czterdziestaki, a Andrzej dołożył po chwili jeszcze trzy podobne. A ja miałem dwa brania i złowiłem… jedną płotkę.

Leśna Zatoczka i Kamienie

Przenosimy się teraz do zatoki zlokalizowanej nieopodal stacji PKP. Pamiętam jedynie, że w czasach dawniejszych, czyli zanim jeszcze posiadałem swój własny sprzęt, to tutaj nasza rodzina zaczynała wędkarski sezon. Oczywiście już wtedy odbywały się Nieustające Zawody – w tym przypadku wygraną zapewniała pierwsza ryba w sezonie. Dopiero w środku wiosny przenosiliśmy się na Żabie Wody. Gdzieś od początku lat dziewięćdziesiątych nasza noga w zatoczce chyba nie stanęła. Tutaj jednak mieliśmy jedną nieprzyjemną przygodę w samej końcówce lat osiemdziesiątych. Podczas pieczenia kiełbasek straciliśmy kontrolę nad ogniem, który rozprzestrzenił się na okoliczne krzaki (trzciny). Na szczęście jakoś w miarę szybko udało się opanować sytuację, ale myślę, że „udało nam się” wypalić powierzchnie ok. jednego ara.

Dochodzimy w opisie do tamy. Tam, na samych kamieniach, czyli kawałku bezpośrednio przy szosie, łowiłem chyba raz, ale zdarzało się nam sporadycznie wędkować pomiędzy pomostem a kamieniami. Wyników nigdy tam nie miałem, Andrzej złowił jakieś pojedyncze leszcze, ale i tak przyczyna odwiedzania tego kawałka brzegu była zupełnie inna. To oczywiście las i kilka bankowych miejsc, w których rosły prawdziwki. W związku z tym te kilka przypadków, gdy tu zawitaliśmy to był prawdopodobnie wrzesień. Pamiętam, że na początku tato w ogóle nie chciał wierzyć, że na Szałe rosną borowiki (od małego żyłem w przeświadczeniu, że tam, czyli Szałe/Winiary jest las, w którym rosną podgrzybki, nie spotyka się szlachetnych grzybów, po które można się schylić, czyli prawdziwków (o rydzach nie wspomnę). Potem tato nie mógł wyjść z podziwu ile sztuk potrafię wygrzebać z tak niewielkiego kawałka lasu – znalezienie grzybków naziemnych było praktycznie niemożliwe z powodu gigantycznej presji konkurencji. Nie chwaląc się, z obszaru powiedzmy ćwierć hektara, potrafiłem w dobry dzień wyskubać 50 sztuk prawdziwków w rozmiarze naturalnie marynowalnym.

Na zakończenie wspomień o Szałe jeszcze krótka historyjka wędkarska. Tym razem były to czasy bardzo współczesne, bo rok 2006/7. Będąc w odwiedzinach w Kaliszu wybrałem się ze spinningiem nad zalew. Najpierw pojechałem na Portki, potem skontrolowałem „moje” borowiki (nie było!), a następnie udałem się na pomost harcerski. Złowiłem tam szczupaka, który wziął po wschodniej stronie podestu. Tak na oko miał z 1,5 kg. Przeciągnąłem go na stronę zachodnią, ale to nie rozwiązało mojego problemu. Do powierzchni wody nie miałem szans dosięgnąć, a do brzegu ryby też nie było jak go dociągnąć, bo przy samym pomoście rosły trzciny. W końcu wymyśliłem sposób. Ryba była już dość zmęczona i spokojnie stała tuż pod powierzchnią wody. Odpiąłem kabłąk, wyszedłem z wędką na brzeg, potem w lewo na beton, gdzie był bezproblemowy dostęp do wody. Operacja się udała. To mój jedyny szczupak z Szałe.

Zimy

Często przyjeżdżaliśmy z tatą nad zalew na łyżwy. Baza zawsze znajdowała się na Żabich Wodach i jeżeli tylko się dało, to objeżdżaliśmy zbiornik wokoło. Oczywiście najfajniej było, gdy lód był przejrzysty i można było podglądać ryby – najczęściej płotki i okonki. Zdarzały się naturalnie inne ciekawe obserwacje, np. stado (tak z 50 sztuk) sandaczy, takich 1-2 kg spotkane po drugiej stronie Narożnika (tego obok Kawalera), jakieś pojedyncze karpiki, atak okoni na stado drobnicy na Portkach, uratowany linek w Zatoce Budowlanych – biedak dostał się pod lód przy samym brzegu i nie mógł wycofać się na głębszą wodę – wyrąbaliśmy łyżwami przerębel i popchnęliśmy go na odpowiednią głębokość.

Największy czad był na Strudze. Tam gonitwa za rybami była najfajniejsza, bo po prostu miały ograniczoną liczbę miejsc, gdzie mogły się schować. Oczywiście rzeczka zamarzała znacznie rzadziej w sensie, do takiego stanu aby bezpiecznie się po niej poruszać. Tam częściej zdarzało się namierzyć coś większego i dłużej popodglądać. Raz namierzyłem rybę, której nie umiałem zidentyfikować. Wtedy jeszcze praktycznie nie łowiłem w rzece, więc nie miałem pojęcia co to było – po latach doszedłem do wniosku, że najprawdopodobniej była to brzana…

Oczywiście zimą staraliśmy się wędkować „z głową”, nigdy nie ryzykowaliśmy niepotrzebnie. Znaliśmy cały zbiornik jak własną kieszeń, wiedzieliśmy gdzie jest płytko, a gdzie głęboko, w których miejscach zdarzało się podmywanie lodu przez stare koryto. Przy okazji, mrożąca krew w żyłach, historyjka. A zaczęło się śmiesznie.

To był chyba trzeci dzień z rzędu, gdy przyjechaliśmy na łyżwy. Zima była naprawdę mroźna, wiedzieliśmy, że lód jest bardzo gruby – Żabie Wody były zamarznięte w całości do dna, czyli w niektórych miejscach lód miał ponad pół metra. Tak jak dzień wcześniej, tato zamierzał zaparkować samochód na lodzie, gdzieś w okolicach Łabędzia. Gdy dojeżdżaliśmy nad samą wodę zauważyliśmy kilku gości, z których jeden testował lód, tzn. wspierając się na koledze jedną nogę trzymał na lądzie, a drugą tupał czy czasem nie pęknie. Tato wyminął ich i zaparkował na z góry upatrzonej pozycji. Mina gości – bezcenna… Przebraliśmy się i pojechaliśmy na Strugę. Kiedy wracaliśmy, gdzieś na wysokości wylotu z Portek, tak jak zawsze mieliśmy to w zwyczaju, przejeżdżaliśmy na nasz brzeg. Tato jechał jakieś 5-7 metrów przede mną. Nagle zrobił jakiś dziwny ruch i wyskoczył w górę. Po chwili zrozumiałem, bo przede mną pojawiła się szczelina długości kilku metrów i szerokości 10-15 cm „żywej” wody. Nasze szczęście polegało na tym, że jechaliśmy dość szybko i udało się nam obu przeszkodę po prostu przeskoczyć. To jeszcze nie koniec… Wróciliśmy do samochodu na ciepłą herbatkę oraz nieodzowne mandarynki. Po chwili zauważyliśmy samochód, który wyruszył chyba gdzieś z okolic Narożnika (Kawalera) i pruł na drugą stronę zalewu. Zamarliśmy. W sumie pozostało nam czekać, kiedy auto zniknie z pola widzenia… pod wodą! Kierowcy jednak udało się. Jakimś cudem musiał ominąć tę szczelinę i szczęśliwie dojechał na drugą stronę w okolice Olszyny.

Na koniec obiecane dokończenie historyjki o tacie i Kładce. Tamtego roku lód nie był tak gruby. Struga nie zamarzła w stopniu, który umożliwiał bezpieczną jazdę. Było tak na granicy – poruszaliśmy się ostrożnie w górę rzeczki, tuż przy brzegu. W końcu wyszliśmy na stały ląd tuż przed Kładką. Tato chciał sprawdzić grubość lodu, więc usiadł na mostku i tyłem łyżwy uderzył w lód. Noga z impetem zapadła mu się prawie do uda… Tutaj żartów już nie było – błyskiem wracaliśmy do samochodu. Udało się, tato się nie przeziębił.

Epilog

Nie lubię pisać zakończeń, więc takowego nie będzie. Dodam tylko, że jak sobie tak powspominałem, to oczywiście naszła mnie nieodparta chęć pojechania na Żabie Wody z chałką, najlepiej w maju i posiedzenia nad wodą kilku godzin ze wzrokiem utkwionym w spławiku…

Sebastian Krzemień *Kwantyl*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

+1
I jak Wam się czytało wspomnienia Sebastiana? Jak dla mnie, chociaż nie byłem tam nigdy z wędką, a może tylko ze 2 razy przejeżdżałem obok, to sposób narracji w tych 3 częściach był taki, jakbym w tym uczestniczył. Pewnie od razu nie trafiłbym na Pieniek, ale "podziemnych borowików" nie odpuściłbym :lol:
Jak za najlepszych czasów WCWI ;)
Kawał dobrego pisania, super lektura
Już komentowałem w pierwszej części, ale dodam jedno. Życzę Tobie kolejnych przygód na tej wodzie, o których będziemy mogli tu przeczytać ;)