Metoda: DS - nie jest moją ulubioną, ale nie można się ograniczać. Przynęta to biały robak, a w koszyczkach płatki jęczmienne wymieszane z pinką.

Chrzanek i Trąba - jako że pracują na swoim - startują wcześniej, aby zająć dobre stanowiska. Ja z Bolkiem kończymy swą biurwową robotę i na miejsce przybywamy o 19.30. Witamy się i dowiadujemy, że do tej pory nic szczególnego nie straciliśmy. Mimo tego, Trąba, który jest tu stałym bywalcem, jest dobrej myśli. Ponoć konkretne brania zaczynają się tutaj o zmierzchu.

Rozkładamy z Bolkiem swój sprzęt, co niemiłosiernie wykorzystują komary, widząc , że mamy zajęte ręce. "Off" pomaga tu jedynie na psychikę wędkarza. Po chwili pierwszy koszyczek z ciężarem 70 g ląduje w wodzie. Teraz jest czas, żeby otworzyć pierwsze piwko, wyjęte ze specjalnej torby , która utrzymuje temperaturę w ten sposób, że na tylnej etykiecie widać wyraźnie logo producenta. Pierwszy łyk i szczytówka zaczyna nerwowo podrygiwać.

To okazały pan krąp przybył, by powiedzieć dobry wieczór. Witam się z nim i zaraz żegnam zwracając rzece. Biorę się za drugą wędkę, lecz zanim zdążę ją zawiązać, odwiedzą mnie jeszcze jego dwaj bracia i siostra płotka.

Drugi DS jest już w wodzie. Kije z braku miejsca stoją jeden przy drugim co 3 m, razem osiem sztuk. Słychać kolejne psssyytt i jest teraz chwila czasu na swobodną pogawędkę. Nagle za naszymi plecami pojawiają się dwaj zaciekawieni mundurowi. Co to, jakieś zawody? - Pyta z uśmiechem jeden ze strażników miejskich widząc szpaler federów i pikerów. Jak brania? - Dodaje, ale chyba nie oczekuje odpowiedzi, bo w tym samym czasie drgają już dwie szczytówki. Duży krąp i półkilowy leszcz przybijają do brzegu.

W międzyczasie jeden z strażników informuje nas, że też tu lubi powędkować. Stąd ta ciekawość. Ze zdziwieniem obserwują, że wypuszczamy ryby do wody. Oglądają jeszcze kilka podobnych akcji i odchodzą, życząc wiadomo czego.

Zaczyna się zmierzchać. Łysy powoli wschodzi na niebo. Jest okrągły i dokładnie naprzeciwko nas. Oj, będzie widno... No i zaczyna się. Tym razem szarpnięcia na wędkach są dużo silniejsze i o mniejszej amplitudzie. Na brzegu co parę minut zaczynają lądować leszcze w rozmiarach 0.7 - 2.0 kg. Gdy robi się ciemniej, co chwila rozbrzmiewają nasze dzwonki.

Kolejne bardzo silne branie i widzę jak głęboko wbita podstawka z moim federem zaczyna przechylać się do wody. Natychmiast łapię wędkę i szybko unoszę do góry. Nie ma potrzeby zacinania. Ryba już jest mocno uhaczona. Trzymając wysoko kij, próbuję sholować zdobycz, tak aby nie zdążyła wplątać się w faszynowy materac. Ale jest już za póżno. Ryba robi co chce, jest bardzo silna. To z całą pewnością nie jest jeden z dwukilowych leszczy wyjmowanych do tej pory...

Wpływa w faszynę i tam więźnie. Próbuję wszelkim sposobami ją wyswobodzić. Ustawiam kij pod różnymi kątami, szarpię, napinam chodzę wzdłuż brzegu, wszystko na nic. Całość trwa już 15 minut. Cały czas czuję na wędce silne szarpnięcia. Trąba stoi z naszykowanym podbierakiem. W końcu nie widząc innego wyjścia decyduję się zluzować żyłkę. Efekt jest natychmiastowy. Szybki odjazd ryby na wodę. Żyłka aż świszczy na przelotkach. Ustawiam lekko hamulec i powoli wyhamowuję rybę. Muszę uważać mam żyłkę główną 0.2 i przypon 0.14.

Ryba staje, ale muruje i nie daje się prowadzić do brzegu. W końcu, pompując jak spiningiem, powoli zaczynam odzyskiwać nieco pola. Kołowrotek, mimo wszystko, niebezpiecznie trzeszczy. Mija kolejne 5 minut i ryba jest coraz bliżej brzegu nagle około 5 metrów od zasięgu podbieraka coś dzieje się z kołowrotkiem. Niemiłosiernie terkocząc oddaje żyłkę rybie. Ruch korbką oraz dokręcenie hamulca nic nie pomagają, ponieważ mechanizm tego drugiego musiał się właśnie rozpaść (nigdy nie kupię już dziadostwa. Hough!). Ręką łapię za żyłkę między kołowrotkiem a pierwszą przelotką, oddaję wędkę Bolkowi, prosząc by amortyzował rybę szczytówką. Powoli zaczynam wybierać utraconą przed chwilą część. Ryba jest już zmęczona więc odzyskuję nadzieję, że jednak się zobaczymy.

Pięć metrów od brzegu słychać potężny plusk wody i przypon pęka.

Nikt nic nie mówi, wszyscy patrzą w miejsce, gdzie rozchodzą się fale. Biorę wędkę od Bolka odpinam kołowrotek i ze złością ciskam w krzaki. Po chwili zapalam przymocowaną przy głowie latarkę i idę go poszukać. Nie będę zostawiał po sobie śmieci z żadnego powodu (póżniej trafił tam gdzie jego miejsce).

Koledzy omawiają sytuację. Zgadzamy się, że nie mógł być to leszcz, no chyba że jakiś wściekły olbrzym. Nigdy nie dowiemy się co to było. Dla mnie jest tylko jasne, że była to prawdopodobnie moja ryba życia łowiona tą metodą. No cóż, przygoda i dreszczyk emocji też się liczą.

Do 3.00 łapiemy jeszcze kilka ładnych leszczy i idziemy spać. Rano oceniamy połowy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest tego tak dużo. Postanawiamy urządzić wieczorem z naszymi połowicami i znajomymi biesiadę rybną. Każdy łapie za telefon i dzwoni do rodziny z ofertą świeżej rybki. Wiemy ile nam rybek potrzeba. Mniejsze i co żwawsze osobniki wracają do rzeki. (około połowy).

Odnoszę dodatkowo dwie korzyści z tej wyprawy. Po pierwsze, połowy te trochę zmieniły moje nastawienie do DS. Po drugie, w moich oczach upadł mit gorszych wyników przy pełni księżyca.

Mirek Szafrański *Klon*


Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

Sorg:
No ładnie ładnie - wypada tylko pogratulować połowu, szkoda tylko że zawsze następuje złościwość rzeczy martych w tych decydujących momentach !!!
Pozdrawiam
Argrabi:
Gratuluje udanego połowu. No i jeszcze przez długi czas będą spory przy piwku - co to było - bardzo duży leszcz, a może karp, których tam tez nie brakuje. A może coś zupełnie innego. I to w wędkarstwie jest piekne
marinero:
Cieszę się z pozytywnego przekonanja do DS, trochę szkoda, że nie zgadaliśmy się wcześniej i na ryby chodziy bez znaczków WCWI, domyślam się że biwakowaliśmy w niedalekiej odległości o tej samej porze, moje sprawozdanie czeka jeszcze w kolejce, może następnym razem wspólnie połowimy leszcze na Narwi !!!
Czez:
Gratulacje ! Fajny tekst, ale szkoda, że bez zdjęć. Powiedz jeszcze Kolego jakiej marki był ten Twój "niezawodny" kręcioł, albo jeszcze lepiej opisz go w DO DUPY. Pozdrawiam
Ted:
Wiesz Klon relacja super i taka rymowanka mi się ciśnie do mózgownicy.
Pojechać gdzieś na kresy, połowić na deesy.
Noc księżyc duże leszcze, cholera wie co jeszcze.
Nie wyszło dziś z okazem, może następnym razem

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy