Cali, zdrowi, weseli, choć nie nałowieni wrócili krakowscy delegaci WCWI z paprocańskiej integracji. Ochom i achom końca nie było w trakcie uświęconego już tradycją środowego spotkania piwnego w Wysypisku. Jaka to woda czyściutka, dulki naoliwione, a pewien browar w Tychach ogromny…

Ale ale, nie ma lekko, trzeba się zrewanżować i zaprosić Zagłębiaków do Krakowa. No to gdzie ruszamy? Z powodu spodziewanej wizyty japońskiego cesarza w Centrum Kultury Manggha, i zapewne mocnej presji BOR-u na łowisku zrezygnowaliśmy z naszej bankowej miejscówki pod Wawelem. Drwinka też odpada, po jej cudownym samooczyszczeniu wymiotło okazy zapewne aż pod warszawskie kolektory.

Decyzja zapadła: łowimy grubą rybę przy ujściu Raby do Wisły. Szanse do rywalizacji będą wyrównane, Tomfunk z Plastikiem, którzy tam już byli, gorąco zapewniają o licznych główkach i małej presji skutecznych wędkarzy. No… a więc zapewne brakuje tam nas!

Zapewne tak długo jeszcze byśmy bajali, gdyby nasza Koleżanka po kiju, a zarazem właścicielka Wysypiska nie wyraziła chęci uwiecznienia tej ulotnej chwili na zdjęciu. Nie mieliśmy śmiałości odmówić. Po fotce nasza miejscówka była już uprzątnięta, bardzo sprytne…


Grupa kreatywna: od lewej: Plastik, mkuczara, Tomfunk i Ferret.

Zbliża się godzina zero, czyli zbiórka o 7 rano pod barem Meksyk w okolicach huty Sędzimira, ex Lenina, a ja nie śpię od godz. 4. Moja fretka bezbłędnie wyczuwa wiszące w powietrzu napięcie i szaleje. Cóż, zrywam się dziarsko jak rzadko i deklaruję jej świeżą rybkę. Niezawodny mkuczara też znacznie przed czasem zajechał swoim bolidem, więc zgarniam wędkarskie gadżety i pędzimy do Meksyku. Bez żadnej obsuwy, mimo gęstej mgły, stawia się Zagłębie. Emanują energią i dobrym humorem, Majowy, samozwańczy lider tego teamu, wita się wylewnie biorąc nas w pęczki pod pachę. Bez większych obrażeń stawiliśmy się do grupowej fotki.


Potencjalni pogromcy, stoją od lewej: R.O.O.S., Pitfish, Kapsel, Ferret, mkuczara, Plastik, Tomfunk, Emes, zawadiacko kuca Majowy.

Ostatnie uzgadnianie punktu lądowania, decydujemy się jednak na nowy odcinek Wisły, ok. 5 km poniżej wcześniejszego rozpoznania, podkręcamy maksymalnie Zagłębiaków wizjami długich holi i czystego powietrza.

Ruszamy. Chwilę się błąkamy, jak dzieci we mgle, po wałach wiślanych. Niestety, wytypowany za pomocą map internetowych odcinek nie rokuje dobrego łowienia, choć wygląda fotogenicznie.


Wisła o poranku.

Chwila konsternacji, ale jak się okazało - owocna. Zauważyliśmy znaczne zaśmiecenie środowiska odpadami nadającymi się do recyklingu! Zgodnie postanowiliśmy sprzątać urokliwą okolice z puszek, butelek, i innego śmiecia. Jako pierwszy inicjatywę podjął Tomfunk, pośpiesznie zebraną butelką, wyrzuconą przez niewychowanego obywatela, wskazał nam jedynie słuszny kierunek uderzenia.


Powiadam: tam stoją!

Słuchamy wizjonera i za chwil parę docieramy do wskazanej miejscówki, która o dziwo, okazuje się być miejscem ostatniego połowu Tomfunka i Plastika.

Natychmiast zaintrygował nas rzadki wysyp przynęt sztucznych występujących na wiślanym wale. Cóż za wspaniała okazja dla paparazzich, z trudem przebijam się przez wysłanników Gali, Tiny, Makreli i innych pism branżowych.


Spóźniony wysyp, mniam…

Z trudem, ale jednak, pogoniliśmy profanów tego przyrodniczego zjawiska i z dumą prezentujemy trofea.


Właściwi ludzie na właściwym miejscu, od góry od lewej: Tomfunk, mkuczara, Pitfish, Kapsel, Emes. U dołu: Plastik, R.O.O.S, Majowy (z zaparciem sprzątający zaśmieconą Wisłę) i Ferret.

Dość tego wielkomiejskiego zgiełku, dzielimy się na spontaniczne grupy, tu ujawniają się preferencje, kto lubi pomoczyć wyżej, a kto niżej. Matka Wisła dostarcza mocy wrażeń estetycznych, słonko rozgrzewa, nie minęło kroków parę i trzeba przysiąść, aby uwiecznić ulotną chwilę.


Widok z główki na wiślaną krypę.

Tu musi być ryba, zabieramy się do obławiania. Na początek z oddaniem stukamy gumami z ponad 20 gramowymi główkami i mamy efekty w postaci nagłych emocji i straconych metrów żyłki na wszędobylskich zaczepach.


Kapsel: prawie jak branie.

Centusiowa ekipa wybiera bardziej ekonomiczne metody, stawiamy na jazioklenie łowione z powierzchni. Nie ma co cudować, czas na zabójcze woblerki Tomfunka, sztukę ich podawania prezentuje sam autor tych arcydzieł.


Kucać i rzucać. O, już stuknął.

 

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Plastik pewnie przyciął i po emocjonującym holu wprawnie podebrał typowego przedstawiciela wiślanego środowiska. Zgodnie z założeniem sprzątania śmiecia okaz został zabezpieczony na ognisko.


Ekologiczne podebranie.

Trafiają się także mniej pospolite okazy. Pitfish, o którym powiadają na Zagłębiu, że i w kopalni połowi, przycina szczupaczka pod 60 cm. Rybka dostaje namiętnego buziaka i polecenie naskarżenia mamusi.


Pitfish i jego mały kaczorek.


Płyń i sław chwałę Zagłębia.

Słońce coraz mocniej przypieka, przedzieranie przez nadwiślańską dżunglę mocno nadwyręża nasze siły. Zmęczeni, prawie że nadeptujemy na bobra, który z zapamiętaniem trenuje zęby do reklamy Colgate. Spłoszył się i to pewnie uratowało mu życie, przecież to drzewo mogło się przewrócić mu na głowę!


Nieodpowiedzialne bobrze wybryki.

W nogach mamy już ponad 5 kilometrów, czas przysiąść. Zgodnie wybraliśmy miejscówkę, na której było prawie tak ciasno jak w Wysypisku. Poczuliśmy się bezpiecznie.


Krakowskie morsy: od lewej Tomfunk, Ferret i Plastik.

Poderwał nas głos trąbki, jak się okazało myśliwskiej. W nadbrzeżnych zaroślach płoszyli biedne szaraki i szczury. Nie czuliśmy się pewnie w towarzystwie uzbrojonych po zęby napalonych mężczyzn miotających gęsto śrutem. Taktycznie zaczęliśmy się wycofywać w kierunku integracyjnego ogniska. Po drodze dołączali nasi współtowarzysze.


Powrót pogromców: od lewej: Ferret (który w coś wdepnął), Kapsel, Plastik, mkuczara i Pitfish. Tomfunk zabezpiecza tyły.

Wściekle głodna ekipa momentalnie usypała ofiarny stos, na którym za chwil parę skwierczały kiełbaski.


Majowy przerabia szafę Lesiaka na szczapki.


"Kiełbasa gruntowa", doskonała do głębokiego smażenia.

Miejsce pod ognisko zostało wybrane nieprzypadkowo, rozpaliliśmy je na dojazdowej drodze, aby dać pretekst do integracji miejscowym wędkarzom. Niestety, mimo naszej przyjaznej postawy kolejne auta omijały nas szerokim łukiem, niepokojąc pasące się w spokoju na łące młode kozy. Trudno, sami zjemy tą kiełbasę. Majowy z wdziękiem przyjął ponad 2 kilo wędliny i uspokoił się na tyle abyśmy mogli zapozować do grupowej fotki.


Syta ekipa, stoją od lewej: mkuczara, R.O.O.S., Pitfish, Kapsel i cięższy o dwa kilo Majowy.
Dostojnie siedzą: Ferret, Plastik, Tomfunk oraz Emes, dumnie prezentujący zebrany śmieć.

Czas na drugą turę spinningowania, mamy zaledwie dwie godziny aby obłowić te długie główki. Większość wybiera stanowiska, na których zanotowali podbicia, bądź złowili rybę. Woda wydaje się nie do przełowienia.


Tam nas nie było.

Nieubłaganie jednak zapada wiślany zmierzch i trudno spokojnie łowić w takich okolicznościach przyrody. Znów się delektuję widokami.


Ujście Raby do Wisły.

Umordowani całodziennym biczowaniem wody zbieramy się do odjazdu, szybkie odliczanie i okazuje się, że brakuje Majowego. Ambitnie, długo po zmierzchu jeszcze orał miejscówkę, gdzie spiął okazałego sandacza. W końcu i on szczęśliwie dotarł, niestety podpierając się kijem. Zaczyna się licytacja: kto, ile, jak duże, na co… Zamęt niesamowity, podnosi się adrenalina, tak jak Wisła tego dnia.

Sprytnie i nagle, niczym boleń, uderzył w nasze skłębione stado miejscowy wędkarz, próbujący się wydostać z okupowanej przez nas główki. Hmm, skoro nie chce się integrować, to może choć zrobi nam grupową fotkę? Pada grzeczne pytanie: - Kolego, zrobisz nam zdjęcie? Jak sądzę, wielu z Was spotkało się z taką propozycją, ja np. w turystycznym Krakowie często takie miewam. Jednak odpowiedź tego kolegi była naprawdę oryginalna: - Nie mam aparatu!

Po zakończonym turlaniu ze śmiechu, z trudem zachowując powagę, byliśmy w stanie zmieścić się w kadrze, aby zaistniał istny: cud nad Wisłą - zdjęcie bez aparatu.


Na stojąco, od lewej, zachowują powagę: Pitfish, mkuczara, R.O.O.S, Plastik, Kapsel.
Powstali z leżenia: od lewej: Ferret, Emes, Majowy, Tomfunk.

I tak, w wybornych nastrojach, rozjechała się nasza gromadka. Planów mamy sporo na kolejne miesiące, przeglądajcie parady rekordów, lub galerie WCWI, aby śledzić poczynania. A najlepiej - integrujcie się i piszcie takie wypociny jak ja :) Panowie, wielkie dzięki za wspólne rybki!

Napisał: Paweł Sało *Ferret*
Fotki: Tomfunk, Majowy, Emes, Ferret
Team Zagłębie: Majowy, Pitfish, Kapsel, R.O.O.S,
Team Kraków: mkuczara, Emes, Tomfunk, Plastik, Ferret

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Oby tak dalej chłopaki!!!
Teraz pora na jakieś spotkanie ogólnopolskie!!!
Zagłebie, Śląsk, MałaPolska, Mazowsze, Łódź, że o Lubliniakach, Kujawiakach czy Warmiakach i Pomorzu nie wspomne.... Ojojoj, narobiło sie tego...
ha pierwszy - nasze chlopaki jak deby rosle i piekne szczegolnie PLASTIK :P :P :P ;)
A tak serio spoko relacia i Emes dobrze ze uratowales honor Krakowa tym szczuplym :D
Na nastepnej integracji (podlodowej) stawie sie na 100%
Zajebista relacja Ferret!!! Brakuje tylko motywu z kozami :grin :grin :grin
dobre, dobre... :grin

Przednie się ubawiłem, czytając Twoje \"wypociny\" ;)
Mam nadzieję, że nie spoczniesz na tej relacji i zgłosisz się na ochotnika do opisania następnej wyprawy... ;)
Paweł rządzisz :grin :grin :grin
Relacja-rewelacja. ;)
PS. Dzięki Panowie za spotkanko i... byle do wiosny. Chyba że...?
Panowie,
dzięki za dobre słowo :grin
Z przyczyn obyczajowych nie wszystko mogłem zawrzeć w relacji, ale kto był to wie... 8)
Panowie, powiem krótko: SUPER :grin !
Paweł - świetny tekst z dużą dawką unikatowego humoru.
Chyba nie było takiego, który by Wisły nie \"sprzątał\" :)
No, ralacja pierwsza klasa. :grin
Szkoda tylko, że w relacji nie można umieścić szmeru przelewającej się po kamieniach wody, zapachu więdnącęj trawy i wilgotnej ziemi, chłodu wody, drżenia blanku w dłoni podczas pracy woblera, ale też wyczuwalnego szóstym zmysłem specyficznego smaku i zapachu gruntowej kiełbasy pieczonej na szafie lesiaka w towarzystwie dziewięciu wspaniałych :grin ;) 8)
Dzięki za relację, ale bardziej dziękuje za wspólne łowienie :)
Pawel, wiedzialem ze napiszesz cos zabawnego i chwytliwego :). Wyprawa swietna, choc woda trudna a gum zostawilsmy w wodzie z 50 :). W kazdym badz razie czekam niecierpliwie na nastepny raz. Moze gdzies pomiedzy (zator, rozkochow itp)
Bardzo mi się podobają takie napisane z humorem sprawozdanka. Miło oglądać Wasze roześmiane \"pysie\", chociażby \"individia\" chwytała za serce. Gratulacje Pawełku. HJ
@Majowy: Czy ja Cię kiedyś zobaczę na jakimkolwiek zdjęciu bez puszki Tyskiego :? :( :grin ?
Brawo południowcy! Tak trzymać !

Ferret! Świetnie piszesz! Bardzo przyjemnie mi się czytało :)
Dzięki wielkie za słowa uznania, dziękuję też za głuche telefony :P
Hiljocie drogi, Mistrzu krótkiej formy i autorze opasłych almanachów: podpowiedz żuczkowi co oznacza Twoje określenie \"individia\" :roll
Tak pomocne zazwyczaj Google uparcie kieruje mnie na strony producenta kart grafiki, ale zapewne nie o to Ci chodziło...
Pomogę :)

invidia = zazdrość
Roch, pieronie, ja zastawiłem przynęte na Mistrza 8)
Mam nadal nadzieje na okolicznościową przypowieść Hiljota ;)
Wieszak - sporo jest takich zdjęć :) Zresztą nie tylko ja \"sprzątałem\" namiętnie Wisłę :)
Czytając relację płakałem... płakałem z żalu, że nie mogłem z Wami być! Mówiąc szczerze popłakałem się także ze śmiechu! :)
P.S. bardzo mi brakuje tych kóz......
Super relacja.
Wszystkim dziekuje za wspólne spotkanie i wędkowanie.
Do następnego.....
Ekstra wyprawa, dobra relacja, a paliwo w Meksyku jakie tanie ;) O kozy nie pytam ;)
Świetnie! Tak trzymać.
Nie wszyscy na kozy byli gotowi, bo jak mawia Ferret bez gumiaków ani rusz :grin
Piotrek, widzę że kamizelka Ci służy, szykuj się na trocie ! tuż tuż ... Po twoich wynikach aż boję się z Tobą jechać ;)
Pozdrawiam
Marcin