Tego lata biała ryba w Wilii, w okolicach Niemenczyna, wyraźnie była bez apetytu. Ani ciągłe zanęcanie "bankowych" miejscówek, ani poszukiwanie nowych, ani próby dorwania czegoś porządniejszego z "marszu" - nie przynosiło ciekawszych wyników. Gdyby chodziło w tym tylko o mnie, to mógłbym zwalić to na własne profaniactwo. Jednak podobnie działo się i u większości moich znajomków – gliździarzy. Sporadycznie któryś tam dorwał jakiegoś leszczyka, karaska, czy brzankę...

Właśnie dlatego większość letnich wypadów nad Wilię (szczególnie w drugiej połowie lata) była spod znaku spina. Na pływające wobki - paproszki dawało się namówić jakiegoś przyzwoitszego bolka, szczupłego, bądź pasiastego grasanta. No, a spławiki świadomie odstawiłem na jesień. Prosta rachuba - przed zimą muszą wreszcie te cholerne płotki zacząć żreć i nabierać sadła. Kalkulowałem prawidłowo - gdzieś od połowy września worek się rozwiązał! Wreszcie mogłem nacieszyć oko pięknymi przytopieniami spławika, łowiąc ulubioną metodą - na przepływankę. Zastanawia też pewien fakt, że nawet teraz, jesienią, najlepiej brało nie w cichszych zatoczkach, a w nurcie. Estrad odkrył takie jedno miejsce (ze 200 m od swego domu), obok którego większość gliździarzy zazwyczaj przechodzi obojętnie. Ja bym też przechodził, ponieważ jest absolutnie nijakie: równy brzeg, niezbyt głęboko (ok. 1,5 m), dość szybki nurt. Jednak coś tam musi być atrakcyjnego dla białorybu, skoro tak upierdliwie trzyma się go aż do późnej jesieni.

Po ostatnim bardzo udanym wypadzie, już od poniedziałku z utęsknieniem czekałem na kolejną sobotę i widziałem już siebie na "estradzie". Jednak okazało się, że przyjeżdża delegacja z Dąbrowy, którą jako prezes Rady szkoły zobowiązany jestem spotkać i się opiekować. Czyli płoteczki - baj, baj... A niech to...! Do tego jeszcze pogoda jak z bajki, cieplutko, słonecznie, wprost idealna do... zwiedzania Wilna wraz z gośćmi. Czyli szlag mnie trafia, ale cóż, siła wyższa...

Delegacja odjechała, znów poniedziałek i znów zaczyna mnie drążyć ten znany dla Was czerw. I to drąży tak zapamiętale, jak kornik stare krzesło. Dumam więc, co tu począć, świadom tego, że do końca tygodnia pogoda może nie dotrzymać (i ja nerwowo chyba też!). Synometeowcy zapowiadają ochłodzenie, deszcze i temuż podobne atrakcje. W końcu - mam! We czwartek tylko trzy swoje lekcje, które "sprzedaję" (za pudełko wedlowskiego "ptasiego mleczka") koleżankom (nie ma to jak zamiana "koleżeńska"!), melduję u naczalstwa jakiś tam poważny powód i ... witajcie moje kochane płoteczki! Jeszcze tylko wpadam do wędkarskiego po czarnego kremkusa i białasy. Bez żadnej nadziei pytam też o ochotkę i ...o dziwo - jest! Też więc biorę za całe 3 litasy, chociaż marnieńka i jakaś taka niewyraźna (później się okazało, że całkiem niepotrzebna).

Wieczorem jestem już w Niemenczynie. Wstępuję do sklepiku pani Drozdowej, gdzie oprócz artykułów gospodarczo-rolniczych może coś sobie wypatrzeć i wędkarz. Zawsze tam biorę tzw. "kombikorm" dla ryb, czyli taki granulat, którym w gospodarstwach rybnych tuczą karpie. Służy mi zawsze za bazę zanętową. Ale tym razem konstatuję, że nie tylko ja lubię dokarmiać rybki - ni ma mej "bazy"! Pani Drozdowa proponuje "kombikorm" dla kurcząt, który podobno też biorą (wędkarze). Nie mam wyboru, bo jednym opakowaniem kremkusa stanowczo nie nakarmię mych płotek. Przy okazji badam sytuację na Wilii i dowiaduję się, że ostatnio to raczej słabo bierze. Raczej z przekory pytam, gdzie łowią, chociaż i tak na 99% znam odpowiedź - koło ujścia Pionierki (tak miejscowi ochrzcili małą rzeczkę wpadającą do Wilii w samym miasteczku). Nic dziwnego - tam zwykle na zimowe kwatery zbiera się rokrocznie miejscowy białoryb i jest nęcony (czyt. nękany) przez tutejszych aż do pierwszej kry. Wniosek – moje miejsce zatem powinno być jutro raczej wolne. Aha, dowiaduję się też przy okazji ostatniej sensacji - jakiś menel wyjął z Pionierki rękoma ogromnego łososia, bo aż 3 kilowego, który już miał przyszykowany dołek do tarła.

Dyplomatycznie pomijam milczeniem tę "sensację", by nie wzniecać niezdrowych dyskusji - w sklepie nie jesteśmy sami. Zaglądam też do pana naczelnika posterunku (Estrad) na krótką pogawędkę. Przy okazji spotkania - mała herbatka z wkładką i wzajemne, serdeczne życzenia powodzenia, komu w robotce, komu na rybkach!

Zaczynam co chwila się budzić już od trzeciej, przez co omal nie przegapiam budzika przed szóstą. Szybkie śniadanko, pakowanko i wpieriod. Zbliżając się do Wilii mam pewne wątpliwości, czy aby mam iść na te "estradowe" miejsce, czy też może moje płoteczki odmeldowały się już na "zimowe kwatery". Rozumuję więc logicznie: dużych chłodów, ani przymrozków jeszcze nie było, więc powinny być jeszcze tu. Nad wodą jestem równo z ostatnim, siódmym wybiciem dzwonu na kościelnej dzwonnicy. Jest jeszcze absolutnie ciemno, więc jakoś tak dziwnie i nieswojo, szczególnie o tej porze roku.

Gdzieś w niewidzialnych przestworzach słyszę klangor jakiegoś spóźnionego ptactwa, w niewidzialnym nurcie coś plusnęło, lekki powiew wiatru strąca ostatnie liście z olch i wierzb. Z rzadka po wodzie prześliźnie się odblask świateł samochodów, przejeżdżających przez pobliski most. Po omacku mieszam w wiadrze śniadanko, doprawiam prażonymi konopiami i arachidem, czekam chwilę, by "doszło" i zaczynam bombardowanie. Mącąc taką piękną ciszę październikowego poranka czuję się jakby winny tego niecnego uczynku, nawet nieświadomie się oglądam, czy nikt tego nie widzi.

Nie śpiesząc rozkładam teleskopy, ale o łowieniu jeszcze nie ma mowy. Dopiero o 7.45 jako tako mogę widzieć spławik. Przez pierwsze pół godziny nic się nie dzieje. Puszczam zestaw i bliżej brzegu, i dalej, i nic. Zaczynam już w myślach błogosławić cudowny kurczęcy "kombikorm" od Drozdowej, gdy w pobliżu dość odległego ode mnie spławika stwierdzam jakieś poruszenie na powierzchni. Nie widzę dokładnie co to jest, bo jeszcze jest szarówka, ale automatycznie podciągam zestaw i czuję, że coś tam się uczepiło, pewnie jakaś gałązka. Zwijając jednak czuję jakiś dziwny "żywy" opór! Gdy jest już bliżej, widzę, że "to-to" wywija w wodzie jakieś esy-floresy, jak wąż.

Chyba większość z Was nie uwierzy, ale na haczyku holuję... właśnie WĘŻA!!! Rozpoznaję w nim poczciwego domowego mieszkańca dawniejszych Litwinów, który robił u nich za kota - myszołapa, czyli zaskrońca. Dlaczego o tej porze zażywał kąpieli?... Pierwsza myśl - jak go uwolnić z haka? Niby jest niegroźny, ale jednak nie palę się do brania go do ręki. Problem rozwiązuje się samoistnie - gad sam spada z haczyka i długo nie czekając zaszywa się w zielsku. No, no, ładny mi początek! Jeżeli tak zacząłem, to na czym (kim) skończę, wyładuję z rzeki bobra?

Nieco skołowany tym pierwszym "braniem" próbuję dalej od brzegu i po kwadransie melduje się pierwsza "normalna" zdobycz, płocica na ok. 25 cm. A po kolejnym kwadransie zaczął się prawdziwy ruch w interesie, prawie każde przepuszczenie zestawu kończy się holem ładnych płoci. Brania są już jednak prawdziwie "zimowe", czyli bardzo delikatne i kapryśne, które niezwykle trudno odróżnić od trącania zestawu o dno. A dno Wilii o tej porze, to istny dywan usłany z liści. Ile ja tego wyciągnąłem! Gdy jednak próbowałem o dosłownie kilka centymetrów opuścić spławik - brania ustawały. Ryby uznawały jedynie białego sunącego po dnie, a wiszące nawet minimalnie nad nim - ignorowały. Po około pięciu godzinach miałem już kilkadziesiąt ładnych płoci w siatce i coraz większe towarzystwo braci po kiju dookoła siebie. Chociaż ta "estradówka" nie jest zbyt uczęszczana, to jednak kto podchodził do mnie i widział co mam, to jakoś nie kwapił się do odejścia. Posegregowałem więc swoją zdobycz, wybierając co dorodniejsze na kolację i nakazując mniejszym, by szczęśliwie przezimowały i pożegnałem się z Wilią być może do wiosny... Chociaż, kto wie, czy po Zaduszkach nie skuszę się do sprawdzenia tych "zimowych kwater"? Tym bardziej, że mamy akurat ferie jesienne do 6 listopada.

Muszę na zakończenie z satysfakcją stwierdzić, że miałem nosa co do tego czwartku, że to chyba była moja ostatnia szansa wykorzystania dobrej względnie pogody. Już wieczorem zaczęło porządnie dmuchać i kropić. Kolejne dni stawały się też coraz chłodniejsze...

Ostatnioszansowo naskrobał - Wojtek Klimaszewski *Kliwolit*

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Świetnie się czyta, jak zwykle zresztą. Z wężem, faktycznie niecodzienny przypadek, zaskrońce raczej są ostrożne, unikają ludzi, myślę, że zareagował odruchowo, kiedy było jeszcze ciemnawo. A może ktoś jeszcze złowił w ten sposób gada i ma inne spostrzeżenia, co do jego łowności :)
Dobrze się czyta Twoje, Wojtku, gadki o łowieniu rybek, ponieważ są podprawione (gadki nie rybki) lekkim humorkiem. Ja, oprócz węgorzy nigdy nie miałem na haku czegoś wężowatego. Raz tylko perkoz chciał ukraść mi żywca i musiałem drania ściągać z nieba na ziemię! A darł się, jakbym go z piór obdzierał na żywo... Pozdrówka HJ
Wojtuś! Kiedy zawitasz w Polsze, już nie mogę doczekać się spotkania z Tobą! A piszesz przednio bardzo letko się czyta i na wesołość w sam raz.
Kliwolicie! Wyznać muszę (choć wiem, że dla niektórych zabrzmi to bardzo nieprzyzwoicie): kocham Twój język! Zwłaszcza wschodnią jego stronę. :) Pisz cześciej!
Do Wszytkich - podziękowawszy za miłe odgłosy 8)
Kryskon - w Lechii mam okazję być 17-19 listopada, w Dąbrowie B., ale chyba tym razem sobie odpuszczę - niech mołodzioż se pojeździ. Wszystko jedno o takiej porze nie będziesz miał mi nic do zaoferowania względem rybek...:zzz Zaskrońce też już chyba nie biorą...;) Dziwne, że w odwecie za Ornispina nie ochrzciłeś mniego jakimś Wężołapem:p
Roch - mój ozór (wschodni!)spiekł raka po sam apeks!:roll
Bardzo sympatyczne relacja. Dzięki temu, że bez zdjęć uruchomiła moja wyobraźnię. Za to Ci dziękuję!

P.S. U nas na Wiśle też bardzo słabo z białorybem przez cały rok. Aż dziwne i bardo przykre :(
Anguiler - Właśnie! Nawet gdybym miał z tego wypadu jakieś foty, to chyba bym nie wstawiał do relacji, a raczej gdzieś do Galerii. Sam od dzieciństwa lubię czytając powyobrażać. Zresztą i nie do każdego tematu pasują zdjęcia... Gdyby to była relacja z jakichś zawodów, to co inszego...
Kilkadziesiąt płoci... Ech, dawno tego nie doświadczyłem ;) Pewnie dlatego, że coraz rzadziej bawię się w spławikowanie.
Chyba mnie ciut sprowokowałeś, by spróbować w listopadzie. Jednak ze wskazaniem na kanał ze słabym uciągiem. Kilka doświadczeń, a jeszcze więcej obserwacji z ostatnich lat, być może choć raz spowodują, że na parę godzin zapomnę o spinningu:)
Bombel kilka lat temu, kiedy jeżdziłem jesienią na ujcie Kanału Siekierkowskiego w okresie 1 listopada łowiło się leszcze aż miło :)
Piekne, nastrojowe, pisane niesamowitym jezykiem...
Dalajlama...ups! sorki, Nalejlama - nie za bardzo rozumiem tę \"niesamowitość\"?
Bombel - czasem rzeczywiście warto zmienić styl i nastawienie. Nie wolno tak się marynować w \"jednym soku\"! Bardzo miło jest dla odmiany pogapić się na spławik, tym bardziej, że przepływanka, to też jak najbardziej aktywna metoda... Życzę sukcesów!
Nalejlama - a nie wiesz czasem, co się stało z Argrabim? Być może nie jestem w temacie, więc się zapytowywuję...
Dalajlama...ups! sorki, Nalejlama - nie za bardzo rozumiem tę \"niesamowitość\"?

Po prostu bardzo lubię Twój styl pisania.. Jest taki \"inny\" od tego współczesnego \"teleexpresowego strzelania\".. Taka swego rodzaju ostoja, oaza, do której bardzo chętnie sie uciakam. Po prostu \"inny swiat\"..

Nalejlama - a nie wiesz czasem, co się stało z Argrabim? Być może nie jestem w temacie, więc się zapytowywuję

Nie wiem.. Zdaje się, że gdzieś wyjechał.. Ale może wróci...
Nalejlama - jak w znanej piosence o Cyganeczkach: \"...jeśli woda zatopiła, to wyrzuci, to wyrzuci, jeśli inna zamaniła - już nie wróci, już nie wróci...\"
A jak to ja mam ROZUMIEĆ!!!!!!
GDZIE TY WIDZIAŁEŚ SIEBIE?????????
\"Tego lata biała ryba w Wilii, w okolicach Niemenczyna, wyraźnie była bez apetytu. Jednak po ostatnim bardzo udanym wypadzie, już od poniedziałku z utęsknieniem czekałem na kolejną sobotę i widziałem już siebie na \"estradzie\"\".