Przy pisaniu każdej relacji bardzo pomocne są zdjęcia. Nawet jeśli zapomni się szczegółów, spoglądając na fotografie łatwo można sobie je odświeżyć. Jednak nie o roli zdjęć tu napiszę, a o 10. Urodzinach portalu. Tydzień czasu zastanawiałem się co napisać w relacji… bo obiektywnie rzecz ujmując mogłoby się wydawać, że nie było na kolejnej Wyspie nic nadzwyczajnego, czegoś wyjątkowego, co odróżniałoby tę właśnie imprezę od wielu poprzednich. Dochodząc jednak do takich wniosków równie dobrze mógłbym tę relację zakończyć w tym miejscu. Z drugiej strony, ci którzy przyjeżdżają od lat nie tylko na wyspy, ale na każdą bez mała portalową imprezę mogą poczuć się piesko. Co wobec tego wydarzyło się na jubileuszowej wyprawie, dla której warto jednak coś napisać?

Wracając do korzeni urodzin, Wyszogród miał nam przypomnieć o pierwszej integracji użytkowników portalu, która miała miejsce w lipcu 2001 r. Z tego powodu wydawało mi się, że nie potrzeba było robić wcześniejszego rekonesansu, bo ląd był mi znany (byłem tam jeszcze z 6 lat temu). Jednak te parę lat dla przyrody to okres wystarczający, żeby upomniała się o swoje (przy okazji były ze dwie powodzie). Wyspa od lat nie jest również wypasana bydłem (bo, że jest wypasiona w ogóle to już pisałem w zaproszeniu, mając na uwadze choćby jej powierzchnię ;)

Ta wiara w niezmienność została dość mocno zaburzona po telefonach od Wieszaka, który pierwszy spoglądał na wyspę z nabrzeża w Wyszogrodzie, a potem także jako pierwszy do niej przybił. Zarośla na wysokość dorosłego faceta, mokro (było po deszczu) i stada upierdliwych komarów. Nie brzmiało to dobrze, ale pocieszającym był fakt, że trafiło na Niego! Wszak gość jest słusznej postury i do naszego przybycia jakąś polanę wyturla :) Pomysłem podzieliłem się z Michałem, z którym umówiłem się w podwarszawskim Józefowie. Co prawda jadąc z północy Wyszogród mijałem 1,5 godz. wcześniej, ale umówiłem się z nim w celu zabrania Jego szanownej osoby i serwerowni właśnie z tamtej strony stolicy. To, że nigdy nie pogodzę się z tym, że przez miasto stołeczne przejeżdża się tak samo długo jak pokonuje drogę z Olsztyna do rogatek nie muszę chyba pisać. Kierowcy to wiedzą, tylko czemu o tym zapominają przy kolejnych wyborach? Zaiste nie wiem (a S7 to nam zrobią, ale na Euro 2030, o ile po przyszłorocznej bladze, ktokolwiek jego organizację nam powierzy).

Dotarliśmy na miejsce w czwartek tuż przed zmrokiem, zresztą razem z Blankiem, który wyjechał z Radomia zaraz po pracy. Nie zwlekając dłużej, bo dość już straciliśmy na drodze, wyładowaliśmy bagaże do łódki, odstawiliśmy samochody na parking i wykupiliśmy licencje na wędkowanie. Tak umówiłem się z tamtejszym prezesem koła PZW, że pierwszego dnia będzie nam pomagał w przeprawie skarbnik koła, żeby mający zamiar powędkować, spoza okręgów mazowieckiego i objętych porozumieniem mogli zaopatrzyć się w pozwolenia. Zresztą Pan Józef załatwiał nie tylko przeprawę i licencje, bo także zaopiekował się naszymi pojazdami. Na szczęście pychówka pomieściła nas wszystkich na jeden kurs i za parę minut dobiliśmy do wyspy. Wieszak pomógł nam się rozpakować, łódź odpłynęła, a my zabraliśmy się za poszukiwania miejsca na serwerownię.

Duży namiot potrzebował do rozbicia tyleż w miarę równej powierzchni. Jednak ani pogoda (znów zaczęło padać), ani komary, ani zapadająca noc nie pozwoliły nam rozejrzeć się po wyspie za lepszym miejscem niż to wypatrzone miesiąc wcześniej na zdjęciu satelitarnym w Google Maps. Polana porośnięta była wysokimi trawami, turzycami i nawłocią. W oddali majaczyły topole i wierzby. Szybko jednak wycofaliśmy się z rozbijania obozowiska w okolicy drzew. Głównie dlatego, że nie mogliśmy do nich dotrzeć, bo im do nich bliżej, tym ziemia była bardziej zryta bobrzymi ścieżkami. Po paru próbach dojścia po prostu odpuściliśmy, porzucając także pomysł zgromadzenia opału na ognisko… Tymczasem wzmógł się deszcz, więc najsensowniejszym było rozbić namiot i w nim się ukryć. Serwerownia stanęła pośrodku polany, pomieściła bagaże naszej czwórki i stanowiła skuteczną ochronę nas samych do późnej nocy upływającego czwartku. Wewnątrz udało nam się przygotować kolację (ukłony za gulasz w wykonaniu wieszakowej małżonki!) i porozmawiać m.in. o planach urodzinowych, wyprawie do Bodzia z pomocą po burzowym kataklizmie, uprawie papryki i kapusty i wielu innych i ciekawych rzeczach :). W końcu zasnęliśmy z zamiarem wcześniejszej pobudki, żeby przygotować obóz do przyjazdu reszty ekipy.

Rankiem w piątek pierwsi zjawili się Erwin vel polański z Novisem, później prawie równocześnie Mirek63 z Jackiem, Kot_bury z Sołtysem i część Team Kraków z Plastikiem i J_A_J-em. Ci, którzy deklarowali przyjazd tego dnia dojechali szczęśliwie. Kilka osób telefonicznie wycofało się z przyjazdu usprawiedliwiając swoją nieobecność rozmaitymi powodami, co zrozumiałe, bo życie często zaskakuje przeróżnymi sytuacjami. Z drugiego brzegu pomachał nam Pomuchel z synem, którzy przez Wyszogród zmierzali akurat na obóz żeglarski. Wokół serwerowni sprawnie wyrosło kilka namiotów, a w tym czasie zdążyliśmy zgromadzić nieco drewna na opał, rozpalić ognisko i wykopać latrynę. Poszło dość łatwo, choć z drewnem był kłopot gatunkowy, bo nic sensownego nie uschło w pobliżu, a najbliższy susz znajdował się kilkadziesiąt metrów za nieprzebraną ścianą jeżyn i ogórecznika.

Tradycyjnie rozpoczęliśmy biesiadowanie, opowiadaliśmy o wyprawach, o portalu i tym, co ciekawego wydarzyło się w czasie od zimowej konferencji. Ci, którzy uczestniczyli, opowiadali o kryskonowym spływie Narwią, pobycie na Jeleniej Wyspie, KOS-ie i wielu indywidualnych wędkarskich wypadach. Przygodowo nastawieni nawet zaczęliśmy zbroić się na ryby, z tym, że na zbrojeniu się zakończyło, a determinacji do wędkowania wystarczyło jedynie Michałowi. Jak się łatwo domyślić, opłacało się, padła pierwsza ryba urodzin. Oczywiście boleń i do tego wypasiony. Tradycyjnie został wylądowany, wypięty, sfotografowany i wrócił do wody, w kondycji dostatecznej plus, bom mu zafundował powietrzną akrobację z międzylądowaniem w nadbrzeżnych trawach. Wymsknął się był skutecznie, chcąc odzyskać wolność, a ja takiego zrywu wolności nie przewidziałem. Po kilkunastu sekundach nabrał jednak werwy, poradził sobie z szokiem i odpłynął tam, skąd Michał go wyciągnął. Nie był sam na tym odcinku rzeki, bo jakiś czas jeszcze zostaliśmy z MK obserwując żerowanie co najmniej 2. nieco mniejszych boleni. Miejsce zresztą było bardzo obiecujące i mieliśmy nadzieję, że takim zostanie do sobotniego ranka.

Wieczorem odebraliśmy telefoniczne życzenia od Omera, wcześniej od Jumpera i wielu innych kolegów, którzy nie mogli być z nami na wyspie. Zjedliśmy ogniskowe kiełbasy, pośpiewaliśmy (albo pomruczeliśmy) a capella, bo Romek instrumentu przez szacunek do niego i niestosowność aury (jak twierdził) nie zabrał. Wychodziło nam nieźle, zwłaszcza kiedy J_A_J został „primo cantor”, a reszta przy refrenach symulowała chórek. Swoją drogą, nie podejrzewałem Jacka o to, że pamięta aż tyle zwrotek ogniskowych piosenek! Dobrze po północy poumawialiśmy się na poranne łowy i po wyczerpującym dniu udaliśmy się na spoczynek.

Sobota, tak jak i poprzednie 2 dni, przywitała nas chłodną i deszczową pogodą. Oczywiście deklaracje pójścia na ryby takimi pozostały, bo jakoś nikomu nie chciało się wychodzić w deszczu. Co prawda, co kilka minut dały się słyszeć nawoływania budzików w telefonach komórkowych, ale niedługo po nich wszystko wracało do normy, czyli równomiernego chrapania ich właścicieli. To nic nowego i takie zachowania na wyspie należą do tradycji :). Pogoda także nie nastrajała do wcześniejszego wstawania. Zebrałem się nieco wcześniej, bo sobota to tzw. dzień admiński. Po południu trzeba przygotować uczestnikom posiłek. Tylko dla 14 osób, co w stosunku do możliwości mojego garnka nie stwarzało problemów. Przedtem jednak musiałem dokonać zakupów odpowiednich składników.

W południe z Wieszakiem przeprawiliśmy się do Wyszogrodu w poszukiwaniu sklepu mięsnego, warzywnego i spożywczego. Miasto 10 lat temu i dzisiaj to zupełnie inna historia. Widać było nowe inwestycje, strumień unijnych funduszy przeznaczonych na park, odnowienie rynku, ale też inicjatywy prywatnych firm. Bez problemu znaleźliśmy jeden z supermarketów znanej w mniejszych miejscowościach sieci. O tej godzinie pozostało mi wykupienie wszystkich interesujących nas artykułów ze stoiska warzywnego, czym wzbudziłem zakłopotanie sympatycznej obsługi sklepu. Resztę dokupiliśmy na targowym stoisku w pobliżu rynku i mięso w innym sklepie. Wracaliśmy z Wieszakiem jak zawodowi złomiarze lub inni zbieracze, nazywani czasem czołgistami. Każdy z dwoma, czarnymi, 120 litrowymi, foliowymi workami na plecach. Przy okazji obaj byliśmy ubrani stosownie do pogody, obozowej traperki i 2 dniowej zaprawy na wyspie, czyli mieliśmy na nogach gumowce, kurtki przeciwdeszczowe i emitowaliśmy w otoczenie, kwaśne ogniskowe zapachy. Pewnie, że ulice Wyszogrodu to nie ul. Marszałkowska, jednak chyba nie było przechodnia, który z politowaniem, a co najmniej z zaciekawieniem nie oglądałby się za nami.

Dotachaliśmy z 200 kilogramów produktów (zrealizowaliśmy też indywidualne zamówienia wyspowiczów) do łodzi, na której Pan Józef (nasz przewoźnik) ze zdziwieniem skwitował nasz wysiłek stwierdzeniem, że chętnie podwiózłby nas samochodem… No tak, myślenie niekoniecznie poszło w parze z naszym zaangażowaniem.

Po przybyciu praktycznie wszyscy zaangażowali się w pomoc przy przygotowywaniu posiłku. Zacząłem od tradycyjnego skręcania rusztu, Wieszak sporządził idealny dołek pod garnek, część przyniosła kamienie z brzegu rzeki, inni zaczęli obierać i szatkować warzywa. Dzięki takim pomocnikom kociołek Cygana był gotowy w nieco ponad 2 godziny! Nie będę pisał w oddzielnym artykule przepisu na potrawę, którą tym razem zaplanowałem. Skład i sposób przygotowania podaję zatem poniżej.

* * *

Kocioł Cygana to potrawa oparta na taborowej tradycji. W oryginalnym przepisie (choć trudno tu pisać o oryginalności, bo taborów chyba ze 100 lat w Europie nie widziano) wykorzystywano leśne grzyby i baraninę. O ile te pierwsze można kupić w handlu (tegoroczne już się pojawiły) to z mięsem jagnięcym jest oczywiście problem. Te 2 składniki, a także zastąpienie ogórków cukinią (za namową mojej żony) wymieniłem na łatwiej osiągalne pieczarki i mięso wieprzowe.
Oto składniki na 14 porcji (jak ktoś chce wypróbować, to ilości trzeba odpowiednio podzielić):
- mięso wieprzowe – 2 kg
- ziemniaki – 2 kg.
- cukinia – 8 szt.
- papryka – 12 szt.
- pieczarki – 1 kg
- pomidory – 20 szt. (lub 5 puszek całych lub krojonych)
- cebula – 10 szt.
- czosnek – 1 szt.
- olej rzepakowy – 0,5 l
- cząber – 1 op.
- sól, pieprz, cukier
- nać pietruszki – 2 pęczki

Mięso może być chudsze (karkówka) albo tłustsze (np. łopatka) i zależy to od preferencji konsumentów. W naszym wykonaniu, przy ocenie smakujących okazało się, że woleliby zjeść nieco tłuściej, wobec czego dołożyliśmy z 20 dag boczku (dzięki Romku!).
Na początek z mięsa należy przygotować bulion, którym zalewa się podsmażone warzywa. W polowych warunkach to do bulionu wsypywaliśmy kolejno smażone warzywa. Te oczywiście trzeba wcześniej opłukać, obrać i pokroić (paprykę w paski, resztę w kostkę). Cebulę zeszklić na oleju, następnie podsmażyć ziemniaki, paprykę i pieczarki. Wszystkie lądowały w garnku z bulionem gotowanym na gulaszowo pokrojonym mięsie. W domu lepiej jest bulion ugotować na mięsie w całości, a później je wyciągnąć, nieco ostudzić i pokroić w kostki, podsmażyć na oleju i dołożyć na patelnię ze smażonymi warzywami. Na końcu dodaliśmy pomidory (jeśli używa się świeżych, to trzeba je najpierw sparzyć i zdjąć skórę) i kostki cukinii (najszybciej się rozgotowuje). To właściwie wszystko. Doprawiamy do smaku (jak kto lubi). Nie wolno zapomnieć o cząbrze, który podkreśli smak potrawy, ale również uważać, aby nie przesadzić (jest wiatropędny ;). Przed podaniem posypujemy szatkowaną natką pietruszki (na talerzach, choć my sobie ułatwiliśmy wrzucając ją do garnka).

* * *

Zupy wyszło nam na co najmniej 2 podejścia (po 0,4 l porcja) i takież były, a nawet zostało co nieco do wieczornego ogniska. Niestety nie wystarczyło już na poranne odwiedziny admińskiego garnka, co niektórzy przyjęli z nieukrywanym smutkiem ;), choć w sumie może i lepiej, bo nie jest to potrawa, której odgrzewanie zachowuje (czy nawet poprawia) konsystencję i walory smakowe (jak bigosy, czy gulasze). Spróbować jednak warto, do czego zachęcam.

Po posiłku utworzyło się kilka wędkarskich grup, które ze sprzętem w garści rozeszły się po wyspie w poszukiwaniu dobrych miejsc do złowienia rybich drapieżników. Z Michałem wybraliśmy się na wyprawę wzdłuż prawego brzegu Kępy. Nie było łatwo, bo na drodze spotykaliśmy jak nie bujne zarośla jeżyn, to głębokie rowy bobrów. Jedynie pod wierzbowym starodrzewiem (tym, dzięki któremu, pewnie niedługo ta wyspa będzie rezerwatem) udało nam się w miarę posuwać do przodu i dojść do rzeki. Niektóre z wierzb miały imponujące rozmiary (obwód w pierśnicy wynosił grubo ponad 4 metry, choć nie próbowaliśmy tego dokładnie ustalić). Takich drzew jest tam dużo, a między nimi znajdowały się wspominane, wypełnione wodą (nieraz dość głębokie) rowy. Większość z nich stanowiła naturalne składowiska bobrów, które aby przenieść materiał budulcowy do głównego koryta rzeki, po prostu przekopywały kanały z tych rowów do Wisły. Kilka z tych połączeń udało nam się obejść, jednak na pierwszym, głębszym nie było to możliwe nawet dla Michała wyposażonego w wodery. Szkoda, bo nie doszliśmy nawet do połowy wyspy, a przy jej brzegu w tym miejscu jest twarda rynna (zresztą ustawiają się przy niej łódkami okoliczni wędkarze – co widzieliśmy z wyspy). Jednak nie sposób do niej sięgnąć z brzegu (a na pewno nie przy tym stanie runa). Przeszliśmy zatem na druga (lewą) stronę wyspy i na tzw. odnodze, która miejscami, (przy ówczesnym stanie wody – ok. 400 cm na wodowskazie w Wyszogrodzie) była głęboka na 3-4 metrów. Na wypłyceniach i wlotach podobnych jak na przeciwległym brzegu bobrzych rowów, grasowały bolenie. Miejsca piękne i niewątpliwie rybne, jednak nie mieliśmy szczęścia do sprawdzenia tego aż do wieczora.

Ja zrezygnowałem nieco wcześniej wycofując się do obozu, a Michał dotarł już po zmroku (także z zerowym wynikiem, a może wyczerpał wyspowy limit wędkarskiego szczęścia w już piątek?). Przy okazji miałem okazję porozmawiać z Arturem (Nalejlamą), z którym nie widziałem się praktycznie 2 lata, a który też próbował wędkować w towarzystwie Juniora, zainteresowanego nadbrzeżną przyrodą. Poniżej nas Wieszak nie dawał za wygraną i trenował bolenie, a jednego nawet przechytrzył. Dołączyli do niego Dawid z Michałem, ale ich wysiłki też okazały się bezskuteczne. No cóż, nazajutrz zapowiadali zmianę pogody, więc może to była bezpośrednia przyczyna niepowodzeń? W każdym razie wędkarz, tak jak i pływak, czy baletnica zawsze jakieś wyjaśnienie znajdzie…

Przed zapadnięciem zupełnej ciemności wróciliśmy do obozu, bo zaplanowałem wyspowiczom jeszcze jedną niespodziankę. Obiecałem bowiem Bartkowi, który „uśmiechał się do nas w duszy” gdzieś znad syberyjskiej rzeki wypuszczenie światełka do nieba. Z pomocą w pomyśle przyszedł mi Romek, który o takiej atrakcji myślał już na Jeleniej Wyspie. Wówczas jednak z różnych powodów nam nie wyszło, a tym razem byłem lepiej przygotowany. Tuż przed północą w gwiaździste niebo nad Wyszogrodem wypuściliśmy napełnione ciepłym powietrzem lampiony. 10 na 10. urodziny portalu, a jeden nawet z napisem. Wg mnie wyszło bardzo nastrojowo, choć nie mogę Wam tego dobrze przedstawić na zdjęciach, czy filmie, bo najlepszy z naszych wyspowych aparatów fotograficznych „spał” w serwerowni ;). Oficjalnie udało nam się uświetnić okrągły jubileusz portalu, a jeśli tradycji stanie się zadość, to za następne 10 lat, tychże lampionów będzie wystarczająco dużo, aby wzbudzić zainteresowanie okolicznej ludności (choć do końca nie jestem pewien, czy i tym razem nie zaniepokoiliśmy nieco wędkarzy licznie czatujących na wyszogrodzkim brzegu).

Resztę wieczoru spędziliśmy przy ognisku wspominając historię powstawania i ewolucji portalu, uczestnictwa wielu użytkowników, którzy są z nami do dzisiaj lub już odeszli, przestali być aktywni. Prawie do rana opowiadaliśmy o przygodach z poszczególnych urodzinowych spotkań, niezwykłych wydarzeniach i zaskakujących sytuacji wspólnych imprez. Pewną tradycją na urodzinach portalu jest także jeszcze jedno świętowanie. Tak się składa, że jeden z naszych użytkowników - Jacek, o ile tylko jest na wyspie, obchodzi z nami osobiste urodziny. Dlatego i tym razem nie obyło się bez szampana i odśpiewania Jubilatowi 100 lat!

Niedziela to jak wiadomo najgorszy w związku z nieuniknionym pożegnaniem dzień na wyspie. Na szczęście ranki bywają mocno towarzyskie i już po kilku godzinach snu, wyspowicze wylegli na polanę. Jedni coś zjeść, inni ocenić pogodę, a byli też i tacy, którzy zachęceni sobotnimi sukcesami poszli szukać szczęścia w wodzie. Wracali jednak zaraz, bo o 9 obóz był już na nogach, a ryby jak nie brały, tak i tym razem nie pozwoliły przełamać impasu bezrybia. Praktycznie do południa ciągnęliśmy niezakończone przy ognisku rozmowy o wszystkim, co wydawało nam się ciekawe. Od wątpliwych atrakcji z osami w roli głównej, na Baraniej Wyspie, kiedy to te sprytne, drapieżne owady właziły nam do każdej, otwartej puszki piwa, po plany organizacji Pożegnania Lata. Zresztą ci, którzy bywają na naszych imprezach doskonale wiedzą, że tematów jest milion, tylko przeważnie czasu brak. I tak przecież nie obgadamy wszystkiego i w końcu od czego byłby kolejne spotkania?

Od południa zaczęliśmy opuszczać urodzinowy obóz. Prozy pakowania dobytku na szczęście nie popsuła nam pogoda. Po raz pierwszy od 4. dni zaświeciło słońce, dzięki promieniom którego udało się wysuszyć i poskładać wilgotne namioty, materace i śpiwory. Szczęście sprzyjało nam do końca. Ostatnie, pożegnalne miśki uskuteczniliśmy wczesnym popołudniem na wyszogrodzkim bulwarze, zapowiadając rychłe spotkanie, a późnym wieczorem ostatni, mający tym razem najdalej Krakowianie dojechali szczęśliwie do domu.

Czas na podsumowanie, które podobnie jak wstęp do niniejszej relacji sprawił mi największe trudności. Napiszę bardzo subiektywnie, choć wydawać by się mogło, że adminowi ogólne spojrzenie przychodzi łatwo. Wyjeżdżając na 10 urodziny nie spodziewałem się zatem nagłego cudu frekwencji. Nie ma co ukrywać, że ostatni rok nie obfitował w nadmierną aktywność nowych użytkowników, zresztą ze „starymi” także zbyt kolorowo nie było. Sądziłem jednak, że pojawi się choć kilka osób spośród tych, które do tej pory nigdy na tego typu imprezach nie byli. Po drugie ci, którzy onegdaj bywali, mogliby ruszyć 4 litery sprzed Internetu, TV, czy znad tego co tam im czas wypełnia i dla przyzwoitości choćby, ten jeden raz pokazać się w realnym świecie. Usprawiedliwiam poskładanych chorobami, rodzących i wychowujących niemowlęce potomstwo, bo to wyższa siła. Nie rozumiem jednak tych, którzy nie przyjechali, bo im się nie chciało. Nie będę rozliczał indywidualnie, bo po pierwsze nie mam takiego prawa, po drugie mogę nie znać skrywanych, ale równie ważnych powodów, a po trzecie to Wasze życie. Mogę jedynie stwierdzić, że powodem nie może być brakująca kasa, bo choć żaden mi ze znanych wucewujaków krezusem nie jest, to udział w tego typu imprezie nie jest kosztowny.

Dodatkowo dziwi fakt, że ci, którzy przyjechali ze wszystkich stron Polski, jechali samochodami w pojedynkę! Każdy z nas (uczestników) mógłby zabrać po 2-3 osoby zupełnie gratis, byle tylko ktoś taki się znalazł. Wyżywienie z napitkiem może kosztować maksymalnie ze 100 zł na osobę, a koszty administracyjne (przewóz łodzią) raptem 20 zł. Powód typu brak czasu, urlopu itd.? Cóż, trudno mi uwierzyć, że tak ciężko pracujecie, aby nie móc wziąć urlopu na jeden lub dwa dni. I nie mierzę tego wyłącznie swoją miarą, bo w moim przypadku to faktycznie może wyglądać dziwnie, kiedy imprezy WCWI są priorytetem, a do nich dopasowuję urlop, wyjazdy i sprawy służbowe (to tylko 3 ogólnopolskie spotkania w roku, z czego jedno może być zamiennie z racji tego, że pojawiły się 3 nowe, ale już ugruntowane). Dalej, w związku z wiadomą konsumpcją alkoholu na tego typu imprezach, jasnym jest, że tylko od delikwenta zależy czy skatuje się na 3 dni, czy będzie spożywał symbolicznie, czy w ogóle, jeśli takie ma życzenie. Abstynencja nigdy nie była źle odbierana, a nawet wręcz odwrotnie. Jedynie zgoda na to, że ktoś może być wrażliwy na widok podchmielonych uczestników, więc jeśli tak jest w istocie, to także uzasadniam powód nieobecności. Napiszcie jednak wprost: - Nie będę, nie chcę patrzeć na nawalonych kolegów. Po to jest portal, żeby o trudnych sprawach pisać (publicznie lub jeśli sprawa jest delikatna – przez PW). Nawaleni przyjmą to z pokorą, a przynajmniej nie poczują się oszukiwani. Uważam jednak, że wieczorem, kiedy zje się kolację, choćby kawałek kiełbasy pieczonej nad ogniskiem, kiedy rano idzie się na wspólne ryby, kiedy obcuje się z przyrodą w towarzystwie tak samo zakręconych na punkcie wędkarstwa kolegów, można raz do roku wyrzec się uprzedzeń i wybaczyć nawet najdziwniejsze odpały.

Nie wiem zatem, co jest przyczyną tego, że nasze spotkania robią się do tego stopnia kameralne, że mogę liczyć na garstkę spośród 7 tys. użytkowników! Sytuacja gospodarcza, czas (czy jego brak) są takie same dla wszystkich. Za to nasze wysiłki w zorganizowanie tego typu imprezy są po wielokroć większe. Absolutnie nie chcę tutaj niczego wypominać, ale Ci, którzy przez te 10 lat współorganizowali nasze imprezy, szukali wyspy, ośrodków, pisali zaproszenia, relacje, poświęcali swój czas, po to, żeby wspólnie spotkać się, powędkować, pośpiewać, potańczyć, napić piwa, zrobić cokolwiek w ramach naszej społeczności doskonale wiedzą o czym piszę. Te przemyślenia i kilka innych, które nie nadają się do publicznej debaty, bo prowokują niestety inny zakres słownictwa - skłaniają mnie do obawy o sensowność organizacji 11. urodzin. Jak wspomniałem, kilkanaście osób skrzyknie się w dowolnym miejscu w Polsce, na nich zawsze można liczyć, a bólu głowy z powodów przygotowania spotkania będzie o wiele mniej, spotkania, którego i tak nieobecni nie docenią.

I na koniec, powyższe uwagi kieruję wyłącznie do użytkowników WCWI, bo to, że nie odwiedził nas nikt z innych portali, to było raczej pewne, choć jako optymista, nadzieje miałem. Cóż jednak oczekiwiać od "obcych", skoro właśni zawodzą? Chciałbym jednak, abyście jako użytkownicy także tych innych portali brali czynny udział (tak jak do tej pory i oczywiście w przypadku, kiedy Was nie wyproszą) w ich imprezach. Takie zachowanie przełamie w końcu durne stereotypy, a jeśli nie, to wątpliwe świadectwo politycznej poprawności wystawiają sobie sami zainteresowani.

Poniżej publikuję nadesłane przez uczestników zdjęcia z 10. Urodzin WCWI. Ich jakość jest niestety wynikiem używanego sprzętu,  a robione były wszystkim, od przyzwoitych aparatów kompaktowych po telefony komórkowe. Ważne że jakieś są :) Zdjęcia umieszczam poniżej, a nie w relacji, bo stwierdziłem, że tak lepiej będzie się czytać (czytających jest jak wiadomo mniej) i oglądać.

Przy okazji dziękuję za pomoc w organizacji pobytu prezesowi Koła PZW Sum 54 z Wyszogrodu, panu Arturowi Kaźmierczakowi, skarbnikowi – panu Józefowi (nazwiska niestety nie pamiętam) oraz sympatycznym i pomocnym paniom z Urzędu Miasta w Wyszogrodzie.

* * *

Ledwie zdążyliśmy rozbić serwerownię, rozpadało się na dobre.

Po dniu podróży i zmaganiach z zarośniętą polaną pora na posiłek. Gulasz p. Wieszakowej był świetny!

Piątkowy poranek. Ciekawe, kto dzisiaj przyjedzie?

Pierwsi dopłynęli Romek z Piotrkiem...

Mirek63, także rozbijał swój namiot. Tak jak pojedynczno przyjechaliśmy, także komfortowo nocowaliśmy. Miejsc było znacznie więcej niż uczestników...

a to Sołtys i jego wnikliwe dmuchanie... materaców

W tym czasie ekipa czwartkowa zajęła się rozpalaniem ogniska

Cóż, wielu dzwoniło, że... niesety nie przyjedzie, bo...

Z licznej, łódzkiej ekipy przyjechał także Novis, choć starał się wyjaśniać nieobecności Team Łódź

Jeden z jego członków pomachał nam nawet z oddali. Pomuchel jechał na wakacyjny obóz z synem

Kot_bury i Erwin vel polanski, podobnie jak pozostali uczestnicy, otrzymali okolicznościowe plakietki

Wieczorem, za rybą pierwszy powędrował Kraków Team

A reszta świętowała w obozie

Odświętna atmosfera udzieliła się pozostałym. To tzw. tryptyk :)

Jeden z tria został niebawem nagrodzony przyzwoitym boleniem

Prawie 70 cm wędkarskiego szczęścia

A później przyszedł czas na obmyślanie strategii pokonania "farciarza"...

Sobotni poranek - tak jak poprzedniego dnia - przywitał nas deszczową pogodą

Po powrocie z zakupów wszyscy zabrali się za przygotowywanie admińskiego posiłku...

Który przy takim zaangażowaniu, przestał być wyłącznie admiński :)

W trakcie ulepszenia przepisu...

i ostatnich smakowań

A poźniej można było przejść do konsumpcji

Posiłek przygotowany przez praktycznie cały obóz musi smakować!

Już posileni zaczęliśmy szukać rokujących, rybich kryjówek

Po obu stronach wyspy, a nawet pośrodku!

Tym, którym dzisiaj szczęście było pisane, dopięli swego!

A o północy, wypuściliśmy światełka...

Które po chwili wzniosły się nad wyszogrodzkie niebo

Sobotnie przedpołudnie było na tyle pogodne, że Sołtys mógł spełnić obietnicę zarzucenia zestawów... Kilka razy nawet mu się udało

Tymczasem w obozie, sporządziliśmy śniadanie, a jak widać nie tylko uczestnicy na nim korzystali...

Dla chętnych był też deser. Suszone mięso antylopy Kudu, prosto z safari w RPA

I w końcu przyszedł czas na "ulubione" zajęcie wszystkich, czyli powrotne pakowanie

Podczas pobytu na wyspie, w wieszakowym namocie zamieszkał nawet ciekawy lokator (tygrzyk paskowany)

Ach te odjazdy...

I ostatnia tura wyspowiczów dobija do nabrzeża w Wyszogrodzie

Szanowni Jubliaci, czyli od lewej: Blanek, Wieszak, Junior, TJ, Nalejlama, Kot_bury, J_A_J, Plastik, Mirek63, Erwin, a w podszyciu od prawej: MK, Novis, Jacek i Sołtys

* * *

Tekst: TJ
Zdjęcia: Blanek, J_A_J, Plastik, Nalejlama, Novis i Mirek63

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy

Komentarze   

Tak było howgh
Pozdro dla wszystkich twardzieli odpornych na deszczową pogodę. :grin
Gdybym był młodszy, Swojacy, gdybym był młodszy... Ech, szkoda gadać, skoro moją najstarszą córę nazwałem \"kopolatką\".
A tak na marginesie fragmentu relacji Tidżeja: Nigdy nie rozbija się namiotu, czy obozowiska w pobliżu wysokich drzew! W czasie burzy lub silniejszego wiatru podziurawienie namiotu przez odłamane i spadające gałęzie - gwarantowane. Czasem mogą nawet pokaleczyć ludzi. Widziałem już takie wypadki. A w sumie relacja piękna, tylko aktywistów - jakby powiedział Kliwo - małowato! Zmęczenie \"materiału\"?
Blanek szkoda że nie napisałeś przepisu na swój kociołek , pozdrawiam wyspowiczów.
Fajnie Robert napisałeś. W kwestii integracji od dawna działam. Właśnie wróciłem z Gryfinady od Darka \"Darogryfa\".
Szykowałem się prawie pół roku, by wreszcie dotrzeć na urodzinową wyspę, tym bardziej, że to było 10-cio lecie, lecz nie wyszło ze względów rodzinnych, przyjazd dzieci z wnusią z UK po roku nieobecności i to przeważyło o moim nie bycie w tak zacnym gronie. :cry Rodzina jest po nad wszystkim.

PS. Roberto, spływ odbywa się na Narwi w granicach N.P.N. a nie na Biebrzy w granicach B.P.N. Proszę o sprostowanie.
Jak widać, nawet paskudna pogoda tegorocznego \"lipcopada\" nie była w stanie zakłócić obchodów okrąglutkiej rocznicy - wcwi-aki są twardzielami :grin Serdeczne dzięki za cyknięcie nam fotki - pozdrawiającym z drugiego brzegu . No cóż, nie dane nam było dotrzeć na dłużej, jednak całym serduchem byliśmy z Wami. Tak Wam, jak i innym - Nam - życzę z okazji jubileuszu raz jeszcze wszystkiego naj... Siemako wielkie ! :)
Podzielam zdanie Roberta, większość stałych bywalców się sfilcowała.Niemniej jednak poczuwam się do sprostowania. Przypłynęliśmy razem z Romkiem, aczkolwiek dojechaliśmy pojedyńczo pustymi samochodami.Po raz drugi zdarzyło mi się jechać na Wyspę Urodzinową samotnie! Na V i X-tą.No cóż, spotkałem się z największymi twardzielami i dziękuję za wspólną zabawę i spotkanie.Ukłony dla Wieszaka, odwalił kawał dobrej roboty, zresztą nie po raz pierwszy. TJ, nie martw się, za rok będzie lepiej. :grin
Jak Robert napisze to jest co poczytać, widać że profesor :)
Pozdrawiam uczestników urodzinek, dużo zdrowia dla portalu, ja dotychczas świętowałem raz, i wiem że warto...
Do zobaczenia nad Bugiem na PL oraz KOS w Krakowie.
Artur, co to za integracja \"Gryfinada\" ... Ja właśnie spędziłem z wrażym Pogawędkowiczem Hromem tydzień pod jednym dachem, na jednej łódce z jednym podbierakiem. :grin O tej integracji napisałem i już wysłałem do Kancelarii Prezesa TJ-a. Hrom napisał doniesienie z integracji do swoich na PW. Zatem sołtys zaczekaj z dalszymi integracjami bo po tych artykułach możesz potrzebować cięższego sprzętu niż Twoje pilniczki do paznokci. ;)

Jak zwykle z ciekawością przeczytałem raport z Urodzin i jak zwykle byłem tam duchem związany sympatią z uczestnikami oraz Portalem. Jestem zaskoczony brakiem przedstawicielstw dyplomatycznych z innych portali na takiej okrągłej rocznicy. Czyżby uważali nas za mocarstwo i nie chcieli przybyć z podarkami ? :grin
@Hilary, serwerownia, do której wykorzystujemy harcerską \"szóstkę\" ma pośrodku montowany 2,5 metrowy, aluminiowy maszt. Oczywiście pod same drzewa nie wlazłbym, ale bliskość wyższych punktów niż ten maszt na odsłoniętym terenie wg mnie (może błędnie, bo niewiele wiem o przewodnictwie metali) mógłby mniej kusić jakieś \"pierony\". Masz jednak rację, im potencjalnie dalej od drzew i spadających gałęzi (a nawet walących się drzew) to tym lepiej.

@Kryskon - poprawiłem na Narew (nie wiem, czemu mi Biebrza po głowie chodziła... może proroczo?! ;))

@Novis poprawiłem Wasze przyjazdy (albo jeszcze spałem, albo kopałem latrynę z Wieszakiem - już nie pamiętam).

Uruchomiłem też urodzinową galerię, jak ktoś ma ciekawe zdjęcia z wyspy to może dorzucić.
Fajnie.... A co do tej tendencyjnej \"kameralności\" - masz świętą rację.... I właśnie dlatego zawiesiłem Najazdy na kołku... :(
Robercie! Mniej mi chodziło o - jak piszesz - \"pierony\", bo te uderzają najczęściej w samotne i wysokie drzewa, natomiast każdy silniejszy wiatr, a wichura napewno, łamie uschłe, a czasem i zdrowe gałęzie, które spadając mogą podziurawić namiot. Szkoda tym większa im namiot bardziej \"wypasiony\". Czasem może poranić kogoś w namiocie. Powtarzam - widziałem osobiście ze dwa chyba takie wypadki. Ale najniebezpieczniej jest łowić ryby z łodzi podczas nawet małej burzy, zwłaszcza gdy się łowi długą \"węglówką\" (z kompozytu opartego na włóknie węglowym). Groźne wyładowanie murowane, jesli burza przechodzi nad nami.
Szkoda, że tak krótko trwał ten urodzinowy weekend... :)
Świetna relacja Robercie. Bardzo żałuję że mnie tam nie było. Pozdrawiam wszystkich uczestników :)
Świetna relacja. Strasznie nam przykro, że nie dotarliśmy. Zwłaszcza, że to była impreza jubileuszowa i odbyła się w wąskim, (to przykre), ale doborowym i sprawdzonym towarzystwie. PŻ nie ominiemy już na pewno. Będę jeszcze kuśtykał, ale przybędziemy:)
Cóż tu pisać. Przyjeżdżają Ci co chcą i którym odpowiada. Kilka imprez zaliczyłem i wiem, że znajomości tam zawarte trudno przecenić. Przydają się czasem w najmniej spodziewanych sytuacjach. A mimo różnych \"niestosownych sytuacji\" klimat jest zdecydowanie w porządku. Może frekwencja jest skutkiem rozdrobnienia po różnych bardziej specjalistycznych portalach. Ja tam zawsze będę z WCWI...
Mylisz się, Marcin. Ja też jestem rozdrobniony. Jeżdżę na rozdrobnienia w okresie nie kolidującym z imprezami WCWI. Tylko trzeba chcieć. :grin
Piter tak Ty jak i paru innych kolegów. Ale nie każdy pewnie chce to łączyć. Nie chciałem żeby to zabrzmiało jak zarzut, ale stwierdzenie faktu. A może się mylę ...
Robert, tańce na wyspie to bywały, ale \"jeziora\" to na innych nie pamiętam ;) :grin :eek
Dzięki Robert za pamięć o \"światełku\". Co prawda nie było go widać z rzeki Vivi, ale i ja o Was pamiętałem.
Cóż Robercie w tym roku to tylko popatrzeć mogę z zazdrością :cry Ale jakiem Bodzio wrócę do Was :)