Dla niejednego z Członków Szanownego WCWI okres zimowy jest czasem przeglądu sprzętu, jego konserwacji i ewentualnych napraw, oraz zakupów. Dla niejednego z nas, to często okres martwy, gdyż wodę widzimy jedynie jadąc samochodem, i za „Chiny Ludowe” nikt, lub nic, nie jest w stanie wygonić nas w taką pogodę marznąć na lodzie.

Do tej pory jakoś nie miałem okazji wykazać się aktywnością w jakimkolwiek z działów, zbierałem się, nie jednokrotnie, aby coś naskrobać o sobie, i w końcu się zebrałem.

Moja przygoda z wędką zaczęła się hmmm: jak miałem 8-9 lat. Pojechałem do Wujka Bohdana nad jezioro Firlej - jedno z bardziej popularnych jezior w owym okresie w ówczesnym województwie lubelskim. Wujas miał łódkę i z tuzin wędek – takie patyki (nie wiem z czego to było - może sosna, może leszczyna) ale jak wypłynął to coś przynosił. Zawsze lubiłem do niego jeździć (i robię to nadal), by oglądać wodę, łódź i te „patyki”.

Rodzice rozmawiali z Wujostwem, a ja kręciłem się na brzegu, właziłem do upalowanej łodzi i „cudowałem”. Zauważył to Wujek, i pewnego weekendowego popołudnia jak obserwowałem wodę, podszedł z Ojczulkiem do mnie, z wiosłami i sprzętem. JAAAAKI ja byłem szczęśliwy jak rzekł: no to jedziemy na ryby!!!

Łowiliśmy na chleb, czerwonego robak i martwą rybkę. Nie zapomnę tej nauki zakładania robaka, ustawiania gruntu zarzucania i ... oczywiście wyciąganych pierwszych ryb! Ile to było radości z wyholowanych przeze mnie pierwszych 15-sto centymentrowych płotek, krąpi, leszczyków i okoni.

Spławik był wykonany z gęsiego pióra, zanurzony w 80 procentach. Wskazówki: „czekaj, czekaj i teraz! Aj, cholera już prawie była!” albo „O uważaj! Ciągnij!” I powszechna radość na łodzi...

Nie zapomnę tamtych chwil, również z innego względu. W pewnym momencie, jak zwijaliśmy się, będąc już na brzegu - z sadza wysypało się parę sztuk. Ja szybciutko zacząłem te ryby łapać - rękami. Jako, że były ogłuszone, to udało mi się, ale później w nocy, pamiętam jak budziłem się na dywanie, łapiąc ryby - niby to w wodzie, jak to miało miejsce nad jeziorem. Normalnie schizy! Tak to przeżyłem!!!

I ta przygoda na łodzi tak mnie wciągneła, że zaczeło się. Do wyrobienia mi karty, a tym bardziej - zakupu sprzętu, oczywiście rodziców nie mogłem przekonać, ze względów chociażby finansowych (budowa domu i w związku z czym nieustanne życie „od wypłaty do wypłaty”). Trzeba więc było jakoś sobie radzić. Czasami jeździłem rowerem 13 kilosów do Wujka i podczepiałem się jak wypływał. Czasami pozwalał abym sam odpłynął parę metrów od brzegu. Tak więc kłusowałem (!).

Znalazłem również łowisko, na którym karta nie była wymagana. Parę kilometrów od domu były wyrobiska torfowe. Tam było zatrzęsienie japońca, sumika karłowatego, płoci i lina, i tam przede wszystkim ćwiczyłem rzemiosło: ) Były organizowane biwaki wędkarskie - przez niestety już nieżyjącego, mojego nauczyciela geografii i wf z podstawówki, Pana Leszka Pikuli. On w naszej szkole rozwijał to hobby.

Pamiętam, jak wszyscy już mieli jakieś bambusy, kije z włókna szklanego, któryś nawet węglówkę - A JA MIAŁEM: kij sosnowy i leszczynowy. Owym kijem sosnowym można było powalić woła. Jakieś 4 m długości, w uchwycie ze 4 cm!!! Leszczyna nieco delikatniejsza. Na początku kołowrotek przypominający muchowy, przymocowany taśmą izolacyjną (do dzisiaj gdzieś go mam). Część żyłki (jeżeli to można było nazwać żyłką), to kawałki (chyba gorzowskiej) 0,3-0,4 i kawałki - zgadnijcie czego? - POMYWAKA DO GARÓW!

To chyba narazie będzie tyle ...

Juko



Wybrane komentarze z poprzednich wersji portalu:

RomanS:
Na początku mojego wędkarstwa, gdy żyłek nie było, lub były poza moim zasięgiem finansowym (dobra żyłka kosztowała w komisie 1,8 za mb, a pomywak ok. 100 m kosztował ok.3,-) też wykorzystywałem pomywaki. Ponieważ żyłka, z której były zrobione była zawsze mocno poskręcana wraz z moim ojcem znaleźliśmy sposób na jej prostowanie. Przeciągaliśmy ją przez skórkę z mięsa tj. boczek wędzony. Prostowała się i nie było już problemów. Takie to niestety były początki...Dzisiaj żyłek tyle, że nie wiadomo, którą wybrać - do każdej metody inna, a w tedy?...
wędkoholik:
Teraz rozumiem to wielkie uczucie jakie wkładałeś w opis jeziora Firlej w listach. Przecież to jest Twoja pierwsza wędkarska miłość, która wiąże się z tyloma wspaniałymi wspomnieniami. I do dziś jak wiem nie odszedłeś od tej ukochanej wody. Niech Cię darzy swoimi urokami.
ted:
Urodziłeś się w czepku. Miałeś od razu wujka wędkarza. Pamiętam i ja czasy żyłki z pomywaków lub z siatki przeciw muchom i komarom. Bywałem nad jeziorem w Firleju ale nie na rybkach. Pewnie wiesz to napisz czy to ogólno dostępne bo mam do niego dwa rzuty beretem. Miałem chęć kiedyś podjechać i połowić tylko jakoś schodziło. Podobno leszcza tam moc? Masz tez pod nosem Wieprz i myślę że opiszesz co tam słychać. Czekam na cd.
Gość WCWI:
Fajnie znaleźć Ziomka!:)
Mieszkam zaraz koło Lubartowa w Skrobowie. W zasadzie mieszkałem, bo teraz niestety przygnało mnie za chlebem do Wawy, ale prawie na wszystkie weekendy w lecie przyjeżdżam tu do Rodziców.
Jezioro Firlej znajduje się 13km od Lubartowa jadąc w stronę Kocka (Radzynia Podlaskiego).
Jak do tej pory to dostęp do tego jeziora jest nieograniczony. Powstało masę pomościków, przyjeżdża masa ludzi (to właśnie najmniej mi odpowiada). Ryba jest i tu różna: leszcza, krąpia i płoci zatrzęsienie), chociaż w ubiegłym roku zwątpiłem i przeniosłem się ze skutkiem pozytywnym na Kunów. W 2003 ludzie strasznie narzekali na Firlej. Ja również. Byłem dwa czy trzy razy i wróciłem prawie pusto. Poza tym nie lubię tłoku. Sam wiesz ile tam dyskotek i wędkarzy (w tym przeważająca ilość tych pseudo) trudno znaleźć miejscówkę. Ogólnie nie polecam. Może zmieni się coś w tym roku.
A co do Wieprza...
Mam 4km. 15 min drogi rowerkiem. Łowię często na odcinku Oczyszczalnia w Lubartowie - 1km od mostu kolejowego nad rzeką w Chlewiskach w dół rzeki. Jesienią przejechałem się w stronę Brzezin i odkryłem wiele fajnych miejsc. Wydaje mi się że dziewiczych, jeżeli chodzi o spinning. W tym roku pewnie tam pojeżdżę. Mam już aparat, także będę się starał na bieżąco zdawać relację. Rzeka obfituje w okonia, szczupaka, leszcza, krąpia, jelca i płoć. Są miejsca gdzie podobno można spotkać sumy i karpie. Sandacz i bolek przynajmniej na moich terenach występuje sporadycznie. Pzdr.
Anguiler:
Wspomnienia zawsze piękne, nikt nam ich nie odbierze! Ja zaczynałem bambusikiem, był spinning z włókna szklanego, a potem radziecki teleskopowy kij. Koniecznie pisz dalej Pozdrawiam – Paweł.
modzel:
Mam nadzieję, że nie zakończysz kariery tym artykułem, bo piszesz ciekawie. Czekam na Twoje następne teksty. Pozdrawiam /Modzel.

Komentować mogą wyłącznie zarejestrowani użytkownicy